piątek, 26 maja 2017

Maybe I love You? Rozdział 39.


-Green.-Słyszę głos przedzierający się przez obrzydliwy koszmar.-Green do cholery,obudź się.Otwórz swoje głupie oczy!
Nabieram haust powietrza do płuc otwierając oczy tak szeroko jak to tylko możliwe.
Jest na tyle widno,że widzę parę czarnych oczu które wpatrują się we mnie intensywnie.
-Zayn?-Szepczę odruchowo ,bo to on był tym który zawsze wyciągał mnie z koszmarów.Czarna,rozczochrana czupryna ląduje na mojej klatce piersiowej.Czuję jak rozpalona twarz dotyka mojej lodowatej,zroszonej potem szyi.
-Nie tym razem Green.-Dyszy,jakby mówienie sprawiało mu ból.Marszczę lekko czoło.
-Cass,co ty tu do diabła robisz? I jakim cudem wszedłeś do mojego domu w środku nocy?-Krzyczę szeptem już całkowicie rozbudzona,chociaż nie mam pojęcia czemu zachowuję się tak cicho.Przecież nikogo oprócz nas nie ma w tym domu.
-Powinnaś zamykać drzwi frontowe.-Mruczy w moją szyję,a jego oddech łaskocze mi skórę.Przesiewam jego włosy przez palce z cichym zrezygnowanym westchnieniem i odchylam mu delikatnie głowę,żeby dotknąć lodowatą dłonią jego czoła.Unoszę lekko brwi w geście zdziwienia.
-Malik złaź ze mnie.
-Czemu?-Wzdrygam się,bo jego usta łaskoczą mnie w szyje,gdy mówi.
-Masz bardzo wysoką gorączkę.Muszę wstać i przynieść ci coś,żeby ją zbić.
-Śpij Green.-Wtula się we mnie jak w pluszaka,a ja niemal tracę oddech.Nie należał do wagi piórkowej.Poprawiam się pod jego ciałem,starając się go zepchnąć.To było w cholerę dziwne;nie wyglądał jak ktoś tak ciężki.
-Malik,złaźże ze mnie.Nie mam zamiaru trzymać trupa na łóżku.Szkoda mi pościeli.-Warczę odrobinę wkurzona,ale kiedy tak żałośnie jęczy w moją szyję,a potem lekko ją cmoka i mówi żebym dała mu spać, robi mi się go po prostu szkoda.Kiedy ja  byłam chora opiekowała się mną Lil.On nie miał najwyraźniej aż tak opiekuńczych sióstr.Dopiero teraz zdaję sobie sprawę jaka była dla mnie dobra.
-Niesamowicie przykre przyjacielu,ale nie dajesz mi wyboru.-Unoszę jego głowę w górę i mocno cmokam w czoło,żeby później obcesowo zrucić go z łóżka (w tym i mnie) wykorzystując tym samym całą energię jaką posiadam.Dmucham w grzywkę ciepłym powietrzem trochę zmęczona,mimo że nie zrobiłam nic takiego.Jakoś unoszę jego wiotkie,nieprzytomne ciało i rzucam z powrotem na łóżko,które wydaje z siebie głośne skrzypnięcie,jakby w proteście.
Schodząc ze schodów czuję jakby opuściły mnie wszystkie siły.Koszmary zwykle męczyły mnie do tego stopnia że przez kilkanaście minut nie mogłam się poruszyć.To zadziwiające,że sen czasem bardziej mnie męczył niż praca fizyczna.Biorę lód i owijam go szmatką,a potem grzebię trochę w apteczce szukając jakiś proszków na obniżenie gorączki.Nalewam jeszcze całą szklankę wody i z całym zaopatrzeniem biegnę na górę,do swojej sypialni.Co dziwne,nie śpi,chociaż wydawało mi się,że zasnął już dawno;mam jednak okropne wrażenie że jest bliski omdlenia.Kiedy włączam światło,widzę jak bladziutki jest,co wygląda dziwnie zważywszy na jego ciemną karnację.
-Masz.Łykaj.-Wydłubuję ze sreberka dwie mocne tabletki i wkładam mu do buzi,a potem wciskam mu do ręki szklankę wody,żeby popił.Kiedy się z powrotem kładzie,przykładam mu chłodny kompres do czoła i idę po jeszcze jedną szmatkę,żeby obmyć mu twarz,bo jest cała zroszona od potu.Kiedy zapada w głęboki sen a jego oddech staje się spokojny siadam na brzegu łóżka i zaczynam obmywać mu skórę twarzy i dłoni.Od czasu do czasu wymieniam kompresy na jego czole, karku i dłoniach,żeby jakoś go ochłodzić.
Nie śpię całą noc.
Dopiero nad ranem trochę podsypiam,ale kiedy czuję ruch jego dłoni na moim policzku,moje oczy otwierają się szeroko.Nadal śpi,po prostu się poruszył,ale ja wiem że nie mam co liczyć na ponowne zaśnięcie,więc wstaje z podłogi,a moje kości bolą od tej samej pozycji przez wiele godzin.Robię mu herbatę;Lil zawsze mi powtarzała,że w gorączce muszę dużo pić bo się odwodnię.A ja zawsze jej słuchałam.Kręcę szybko głową,wchodząc po schodach na górę i lekko pacam go w ramię.
-Malik.-Szepczę,pochylając się nad nim,uważając żeby nie rozlać herbaty.-Cas,obudź się.
Uchyla powieki po kilku sekundach,a jego usta wyginają się w błogim uśmiechu.
-Green.-Wymawia zachrypniętym od snu głosem-Jesteś aniołem?
Uśmiecham się cynicznie i pomagam mu podnieść się do pozycji siedzącej.Opiera się o ścianę,przymykając na moment powieki.Wyciągam dłoń,aby dotknąć jego czoła i policzków.Jest gorący,jednak chłodniejszy niż poprzedniego dnia.
-Trzymaj.-Wciskam mu w dłonie kubek gorącej herbaty.
-Nie możesz być aniołem.On miał by większe cycki.-Stwierdza wąchając ją niepewnie-Co to?
-Trucizna.-Odpowiadam sarkastycznie,siadając w nogach łóżka.-To herbata.Nie żebyś jej kiedyś nie pił.
-Wiem co to jest.-Odpowiada od razu, a lekkie obrzydzenie szpeci jego ładną twarz.-Nie znoszę herbaty.
Tak jak Zayn,przebiega mi od razu przez myśl.
-Wybacz,księżniczko,ale nie posiadam nic lepszego ,więc twoje podniebienie będzie musiało zasmakować tego.
Wywraca oczami,ale nie bez wahania pociąga małego łyka z kubka.
-Nie dość,że herbata to jeszcze bez cukru.-Mamrocze lekko naburmuszony ,przypominając w tej chwili dziecko,któremu nic się nie podoba.
-Cukrujesz?-Mamroczę cicho,lekko zdezorientowana.-przepraszam,w zasadzie powinnam zapytać...
-Nie.-Przerywa mi gwałtownie z lekko kpiącym uśmieszkiem,który wygina jego usta.-Nie,nie nie.
-O co ci chodzi?
-Ty wcale nie chciałaś tego zrobić.-Mówi pomału.-Nie chciałaś zapytać.Bo byłaś pewna odpowiedzi.Mam na myśli ; wydawało ci się,że jesteś pewna odpowiedzi.
-O co ci do diabła znowu chodzi Cass?-Warczę lekko podirytowana.Nie lubiłam kiedy mówił takim dziwnym,wszystkowiedzącym tonem.
I w dodatku ten jego zadowolony z siebie uśmieszek mówiący Nie ukryjesz przede mną żadnej tajemnicy na tym porąbanym świecie.
-Nie sądziłaś,że cukruję...-Mówi przeciągając ostatnie głoski-...bo Zayn nie cukruje.Tak,to jest dokładnie to,co mam na myśli.Ja jestem jego bratem,więc też muszę nie cukrować.Tak działa twój tok myślenia.
-Bzdury.-Mówię głośno.-To była zwykła pomyłka,przypadek.Zapomniałam pocukrować,a ty doszukujesz się w tym jakiegoś głębszego sensu.
-Łżesz jak pies.-Kpi,niechętnie upijając łyk herbaty.-Nie rozumiem czemu tak bardzo się oszukujesz,przecież dobrze wiesz,że to nie prawda.
-Zamknij się.-Przejeżdżam dłonią po włosach,lekko za nie ciągnąc.-Jestem tak głupia,że pomagam takiemu dupkowi ja ty.Powinnam cię stąd wyrzucić na zbity pysk...
-Ale tego nie zrobisz.-Oświadcza pewny siebie.I w tej chwili tak bardzo przypomina mi swojego brata.-A wiesz czemu Nathalie?
Odstawia kubek na szafkę nocną,a potem gwałtownie przybliża się do mnie i łapie moją twarz w swoje dłonie.Czuję jak jego palce boleśnie wpijają się w moje policzki.
-Wiesz czemu?-Szepcze ponownie,zbyt blisko mnie.Odruchowo patrzę na jego usta,które lekko drgają pod wpływem uśmiechu,który powstrzymuje.-Bo ci go przypominam.Bo jestem do niego podobny do tego stopnia,że mogłabyś mnie...-Jego usta ocierają się o moje kiedy mówi -...pokochać,tak jak jego.
Przełykam głośno ślinę lekko odpychając jego ręce.Wciąż jest blisko mnie na tyle,że gdybym przysunęła się w jego stronę choć o milimetr,to mogłabym z łatwością otrzeć się o jego usta.Nie mogę oderwać od nich wzroku,chociaż nie mam pojęcia czemu tak na niego reaguję.Może dlatego,że od dawna nie zaznałam bliskości drugiego człowieka.Czułam się trochę samotna,nie ukrywajmy,każdy kogoś miał.Kira właśnie stworzyła pełną rodzinkę.Tylko ona Harry i mała Nathalie.Liliane do niedawna była z Zaynem.Nawet Niall kogoś tam dorwał.
A ja nie.
Ja cały czas stałam w miejscu,nieświadomie wciąż czekają na Zayn'a.Jakbym liczyła na to,że pewnego dnia się ocknie i tak po prostu wpadnie prosto w moje ramiona.
Co za bzdury.
Gdyby chociaż trochę mu na mnie zależało to...no sama nie wiem.Zrobiłby coś,żeby nie być dupkiem tak do końca.
Ale on jak na złość robił wszystko,żeby udowodnić mi,że jestem dla niego tylko śmieciem,a on jest królem który może robić ze mną co mu się rzewnie podoba.
Byłam jego marionetką.
Marionetką stojącą w miejscu i tym samym cofającą się do tyłu.
Przez niego.Bez niego.
A on zdawał sobie z tego sprawę.To dlatego w jego oczach byłam tak żałosna.
Dmucham powietrzem na usta Cass'a,pomału odrywając od nich wzrok.Patrzy na mnie z lekko przechyloną głową,jakby zaciekawiony tym co zrobię.
Marszczę lekko brwi.Nie chciałam być marionetką Zayn'a.Zawsze zarzekałam się,że nią nie jestem,ale nią byłam.Niczym nie różniłam się od dziewczyn,które wykorzystywał,po prostu zbyt dobrze się kamuflowałam,żeby ktokolwiek mógł to zauważyć.W taki sposób,że  nawet ja to przegapiłam.Chciałam od niego miłości.A on nie mógł mi dać miłości.
On nie kochał.Bo nie potrafił.
A ja chciałam potrafić kochać.
Całuję Cass'a w lewy kącik ust i chcę sie od niego odsunąć
-Oboje wiemy,że to nie mnie chciałaś teraz pocałować.-Mówi i jest tak bardzo pewny swoich sów.Widzę to w jego oczach.
-Nie wiesz nic Cass.-Mówię cicho.-Nie znasz mnie.Nie znasz mojej historii.Nie wiesz co siedzi w mojej głowie.To niemożliwe,że mógłbyś wiedzieć te wszystkie rzeczy.Wiesz czemu?
-Oświeć mnie.-Szepcze kpiąco w moje usta.
-Bo sama nie wiem kim jestem.-Stwierdzam z taką ponurością a zarazem goryczą w głosie,że widzę jak w jego oczach czai się zaskoczenie.Moje są wilgotne od łez,które z nich nie wypłynęły.-Nie mam pojęcia czego ja tak właściwie chcę.Przez całe moje życie.Byłam bezużyteczna,nikomu nigdy w niczym niepomocna.Niszczyłam moją siostrę.Jedyną osobę ,która mnie kiedykolwiek szczerze pokochała i była dla mnie tak dobra.Nigdy jej nie doceniałam.-Szlocham głośno.-Nigdy jej nie podziękowałam i nie przeprosiłam.I w dodatku pozwoliłam jej  pokochać,tego pieprzonego potwora,bo byłam zbyt wielkim tchórzem żeby uchronić ją przed tym cierpieniem.Nie wiem czemu zrobiłam te wszystkie rzeczy.Nie wiem czemu piłam i byłam taka obojętna na wszystko.I czemu tak wszystkich raniłam.Może po prostu dlatego,żeby zapomnieć kim tak naprawdę jestem.-Płaczę w głos odwracają twarz w bok.-Może żeby zapomnieć,że jestem nikim.
Casian bierze moją twarz w swoje dłonie,zmuszając żebym popatrzyła prosto w jego poważne oczy.
-Nie jesteś nikim-Stwierdza z lekkim uśmiechem.Jego głos jest kojący.-A jeżeli jesteś nikim to ja też.I Zayn.I Liliane też jest nikim.Bo każdy z nas ma na sumieniu jakieś grzechy.Małe czy duże,zawsze są.Tylko o nich nie myślimy.Chyba,że upadamy na samo dno.
-Ja upadłam na samo dno.-Stwierdzam,czując w ustach słoną ślinę.
Wzrusza lekko ramionami,głaszcząc moje policzki swoimi kciukami.
-Być może.-Stwierdza składając na moich ustach krótkie cmoknięcie.-Ale od dna można się odbić.
-Co jeśli nie mam siły,żeby to zrobić?
-Dam ci moją.-Mówi cicho,ponownie mnie całując.Tym razem namiętniej niż przed chwilą.Wzdycham w jego wargi,a potem przyciągam jego głowę mocniej,przez co przygniata mnie do łóżka bardziej swoim ciężarem,ale nie zauważam tego.Odrywa się ode mnie,żeby cicho zanucić.-Zabiorę twój ból.A ty zabierzesz mój.Będziemy dla siebie nawzajem lekarstwem.
-Lekarstwem.-Powtarzam tępo.On kiwa głową pochylając się,żeby znów mnie pocałować,ale odsuwam go od siebie,
-Stary.-Mówię,a potem wypuszczam zrezygnowane westchnienie.-Jestem niemal stuprocentowo pewna,że właśnie mnie zaraziłeś.
Odpowiada mi szerokim uśmiechem.I ja również się uśmiecham.
Może najlepszym lekarstwem na odbicie się od dna jest upadnięcie jeszcze niżej,myślę i kładę się obok niego a on splata nasze palce patrząc w sufit.

***
PRZEPRASZAM


niedziela, 4 grudnia 2016

Maybe I love You? Rozdział 38

Jedziemy w ciszy przerywanej krótkim śmiechem i mamrotaniem Cass'a od czas do czasu.Samochód jest całkowicie przesiąknięty zapachem jego właściciela.Zaciągam się nim cicho co chwilę.To tak dobre.Czuję miętę,cynamon i dym papierosowy.Kurczę palce u stóp spoglądając nerwowo za okno.Jedziemy bardzo szybko,od czasu do czasu lecę na drzwi,kiedy Zayn skręca za gwałtownie,ale się nie odzywam.On za to nie może powstrzymać cynicznego uśmieszku-czuję jak śmieje się ze mnie w myślach co doprowadza mnie do lekkiej złości.Skończony kutas.Staram się nie zerkać na niego,chociaż to trudne.Czuję jakbym nie widziała go cały rok.I...cholera wydaje mi się,że tak jakby możliwe jest to,że odrobinę,ale tylko odrobinę (taką najmniejszą odrobinę jaka jest tylko możliwa w całym świecie.)...tęskniłam za nim.
Słyszymy głośniejszy niż dotychczas śmiech Casian'a,a potem coś co jest podobne do uderzenia.
-To na pewno była marihuana?
Jego zachrypnięty głos tak bardzo mnie rozprasza,że przez chwilę nie rozumiem co powiedział.Dawno go nie słyszałam.Chyba za nim tęskniłam.
Za głosem w sensie,za Zaynem nie.
-Tak mi się wydaje.-Mówię po chwili zastanowienia.-Pachniało jak trawka.
-Po co wzięłaś go ze sobą?
-Sam chciał.-Wzruszam ramieniem,patrząc odruchowo w jego stronę.Jest blady,naćpany i piękny.Czoło lśni mu od potu i odruchowo nachylam się i przejeżdżam lodowatą  dłonią po jego mokrej twarzy.Uśmiecha się sennie przymykając powieki.Wracam wzrokiem do starszego brata,opierają się o oparcie fotela..-Co z tobą Zayn? Nie spodziewałam się,że jeszcze kiedykolwiek zobaczę cię na oczy,a to,że pomagasz mojej przyjaciółce jest jak sen.Czyżbyś stał się dobrym charakterem?-Ironizuję,opierając się o zagłowię siedzenia.W samochodzie jest ciepło,uchylam okno by jakoś ochłodzić Casian'a.Chyba ma gorączkę.
-Zdarza się najlepszym-Odpowiada uśmiechając się krzywo.
-Skąd wiedziałeś,że rodzi? Jesteś ostatnią osobą na ziemi,którą mogłoby to obchodzić.
Zatrzymuje się na szpitalnym parkingu po minucie,a ja nie czekam na odpowiedź.Od razu wychodzę z auta nie oglądając się za siebie.Mknę prosto do szpitala-prosto do recepcji gdzie irytująca ropucha (czyt.recepcjonistka) za Chiny nie chce mnie oświecić gdzie jest sala Kiry.
-Nie jesteś nikim z rodziny.
-Jestem siostrą.-Warczę wściekła,waląc pięściami w blat,na co patrzy na mnie beznamiętnie,jakby spotykała się z takim zachowaniem na co dzień.
-Dowód?
Mrugam szybko powiekami.
-Że co?
-Dowód osobisty.-Tłumaczy od niechcenia,a potem unosi dłoń po filiżankę z kawą i zaczyna ją bezczelnie siorbać.Uchylam usta zszokowana jej arogancją.Kiedy mam już sięgnąć dłonią i wylać kawę na jej tlenioną trwałą,która swoją drogą koszmarnie współgrała z jej sztucznie ciemną skórą,czyjaś duża dłoń łapie mnie za ramię.
-Nathalie.
-Harry?-Uwalniam rękę z jego uścisku i łapię go za barki.Wydaje się roztrzęsiony i zbyt pobudzony.Koszulę ma wymiętą a włosy poburzone od ciągłego przesiewania je przez palce.-Gdzie ona jest?
Patrzę jak spuszcza głowę w dół,a jego kręcone ciemne włosy zakrywają szmaragdowe oczy i czuję nagłą panikę.
-Harry.-Zaciskam palce na jego koszuli mnąc ją jeszcze bardziej.Coś się stało Kirze,coś na pewno stało się Kirze.Albo dzieciakowi.O Matko,Matko,Matko.To moja wina.To moja cholerna wina.
To zawsze jest moja wina.
-Kurwa,Harry...
-To dziewczynka.-Przerywa mi gwałtownie,a potem przyciąga do siebie i kładzie brodę na czubku mojej głowy,lekko się pochylając.Przymykam powieki,wtulając się w jego tors z ulgą.-Kurwa,Nathalie...to było takie niespodziewane dla mnie,termin miał być za dwa tygodnie,zawaliłem,kompletnie zawaliłem.
-Nie Hazz to ja zawaliłam.-Moje usta lekko muskają jego koszulę,kiedy mówię.-Powinnam być przy niej,opiekować się nią,zamiast pieprzyć sobie życie jeszcze bardziej.Jestem jak zwykle kurewską egoistką.
-Obydwoje zawaliliśmy-Mówi w końcu,gładząc moje plecy.-Gdyby nie ten chłopak...
-Chłopak?-Odsuwam się od niego delikatnie,a on patrzy na mnie lekko zdezorientowany,po raz setny przeczesując włosy długimi palcami.To był jego nawyk-robił tak zawsze gdy był zdenerwowany,lub zły.Dzisiaj chyba pobił rekord jeżeli o to chodziło.
-Tak.Brunet,mulat,zadzwonił do mnie z telefonu Kiry.Chyba ją zna.
Czuję ucisk w klatce piersiowej na jego słowa.
-Właściwie to zapomniałem mu podziękować w tym całym zamieszaniu.Muszę jak najszybciej to zrobić,może jeszcze tu jest.-Rusza w kierunku wyjścia,ale ja zatrzymuje go,łapiąc za nadgarstek.
-Jeszcze będziesz miał okazję to zrobić.-Uśmiecham się przez zęby.-Teraz zaprowadź mnie do nich,zanim zwariuję.Muszę zobaczyć tę przyszłą łamaczkę serc.


 
 Nie znosiłam szpitali.Zawsze kojarzyły mi się z chorobami ,zarazkami i pachniały...śmiercią.Ale teraz zdawałam się tego nie zauważać.Kiedy znaleźliśmy się na odpowiednim oddziale,czułam jak moje nogi robią się miękkie-odmawiały mi posłuszeństwa.Tętno przyspieszyło,żołądek się ścisnął.Całe moje ciało na to reagowało,a ja nie mogłam dać wiary.To była naprawdę w cholerę ważna chwila w moim życiu.A miałam takich niewiele.
Rzadko zdarzało mi się coś co można by nazwać po prostu szczęściem.Myślę,że każdy z nas ma własną definicję tego słowa,ale dla  mnie to była wódka i papierosy-kiedy byłam pijana,byłam szczęśliwa bo nie myślałam o problemach.One mnie nie dotyczyły.Dopiero kiedy robiłam się trzeźwa,uświadamiałam sobie jak bardzo nieszczęśliwa i samotna jestem.I wtedy nie znałam szczęścia.Więc szukałam go w alkoholu.To było koło.Niekończące się pasmo przegranych poziomów życiowych,jakie osiągnęłam przez pół mojej egzystencji.Z perspektywy czasu to wydaje mi się to naprawdę żałosne.
Ale teraz to był inny rodzaj szczęścia,taki czysty i...dobry,Tak,to chyba odpowiednie określenie.
Czułam się dobrze,kiedy wchodziłam do sali,w której leżała Clar i dwie inne dziewczyny.Zaskoczył mnie ich młody wiek.I ich uśmiechnięte buzie kiedy tuliły do siebie noworodki.Były same,nigdzie nie widziałam kogoś z rodziny.Ojców też nie widziałam.Wątpiłam czy poszli skoczyć po owoce dla swoich dziewczyn i wrócą za kilkanaście minut.Ich po prostu nie było.Bo to ich nie obchodziło.Nie chcieli dziecka w tym wieku.Pewnie teraz leczyli kaca,jak każdy normalny nastolatek oblewający rozpoczęcie wakacji.Też bym pewnie to robiła,gdyby nie zaistniałe okoliczności..Marszczę brwi.Oczami wyobraźni widzę siebie z dzieckiem na rękach,ale natychmiast potrząsnęłam głową,jakbym chciała wyrzucić tę absurdalną myśl.Byłam beznadziejnym człowiekiem.
Byłabym beznadziejną matką.
Harry skinął na mnie głową i uśmiechnął się pokazując dołeczki w policzkach.Niepewnie poszłam za nim,na chwiejnych nogach i przełknęłam głośno ślinę mając przed sobą widok,którego chyba w życiu nie zapomnę.
Rola matki musiała być naprawdę do dupy (przekonała się już o tym moja rodzicielka) starasz się wychować swoje dziecko jak najlepiej,a potem ono i tak wyrasta na zbuntowane gówno,które skończy z fajką i alkoholem w ręku (O tym tez przekonała się moja rodzicielka.I siostra w sumie też.) Wstawanie w nocy,wysłuchiwania płaczu,ząbkowanie,siniaki,gorączki,biegunki,wymioty,potem od nowa musisz się uczyć,aby nauczyć jego i w dodatku  pracować po nocach za marne grosze,żebyście mieli co jeść.I to wszystko po to,żeby potem patrzeć na to jak stacza się na samo dno, nie będąc ci wdzięcznym za absolutnie nic co dla niego zrobiłeś,bo jest przekonany że wszystko mu się należało.Nie miałam pretensji do takich ludzi-to byłaby czysta hipokryzja z mojej strony bo sama byłam niewdzięczna jak jasna cholera.
Ale nie mogła być też tak bardzo zła.I Clar chyba też tak myślała.Odkryłam to po jej zmęczonym,ale szczęśliwym uśmiechu i rękach,które tuliły do piersi tą nienaturalnie małą istotę.I do tego Harry,który po chwili zawisł nad nimi obiema i pogłaskał swoją miłość po policzku.Nie byłam pewna,czy powinnam im przeszkadzać w tej chwili,ale Clar spojrzała na mnie i kiwnęła głową,więc chyba nie miałam innego wyjścia jak tylko podejść i sie uśmiechać.Bo za cholerę nie wiedziałam co powiedzieć.Oczywiście wiedziałam,że kiedyś to nadejdzie.Clar urodzi ,a ja stanę się kompletnie niewzorową ciotką.Ale nigdy nie starałam się nawet wyobrazić tego jak się wtedy zachowam.Kiedy po raz pierwszy zobaczę nowe życie.Myślałam,że to będzie samoistne,że będę się czuła pewniej.A ja czułam tylko jakbym miała gorączkę,albo się naćpała.A przecież nic nie brałam.To przez to cholerstwo Cass'a którego się nawdychałam.Tak to na pewno to.Bo niemożliwe żebym na trzeźwo  czuła takie huśtawki nastroju.Miałam ochotę płakać i się śmiać.Czy to oznaczało bycie szczęśliwym? Tak wtedy czuł się człowiek? Jak jakiś pieprzony snob?
-Nie jesteś pijana.-Mówi jakby odkrywczo,na co parskam śmiechem.
-Czasem mi się zdarza.
Zerkam na małą i niekontrolowanie się uśmiecham.Była naprawdę malutka,jej blada skóra sprawiała,że przypominała porcelanową laleczkę.Dokładnie tak jak jej mama.Clar pogłaskała ją po kruczych włoskach z dumą jakby chciała powiedzieć ,,To moja kopia.Będzie tak piękna jak ja"
-Ale nos ma po mnie.-Mówi Harry,pochylając się nad dzieckiem i całując je w czółko.To piękna scena.Chyba nigdy nie byłam świadkiem piękniejszej.
Mała porusza się i uderza lekko Clar w brodę małą łapką na co wszyscy cicho się śmiejemy.Cholera.To naprawdę dobre.
-Jakim cudem Zayn wiedział,że tu jesteś?
Kira wydaje się lekko zmieszana tym pytaniem.Nie umyka mojej uwadze jej drżąca ręka,którą głaszcze dziecko po główce.
-Poprosiłam go aby odwiózł mnie do szpitala.-Odpowiada poprawiając małą na rękach.
-Dlaczego akurat jego?
-A dlaczego nie?
Mrużę oczy węsząc kłamstwo.
-Powiedz prawdę Kira.
-Dobra.-Wypuszcza krótki oddech z płuc,niepewnie zerkając w moją stronę.Harry się nam przygląda.-Spotkałam się z nim.
-Po co?
-Czy teraz to takie ważne?
-Tak,ważne bo naraziłaś życie swoje i naszego dziecka wychodząc sama z domu.Mówiłem byś się pilnowała,dlaczego nigdy mnie do cholery nie słuchasz?
-Może gdybyś chociaż przez chwilę nie chodził na te głupie spotkania,nie czułabym się tak samotna w domu!
-Pracuję.Ktoś musi na ciebie zarabiać.-nie mogąc sie opanować podnosi głos,a Clar czerwienieje ze złości.,moje źrenice się powiększają.Wiem,że właśnie sprowokowałam ich do kłótni,dlatego szybko mówię
-Spokój dzieci.Chyba nie chcecie żeby w pierwszych godzinach swojego życia mała kopia Clar słuchała waszych wrzasków.Ma na to jeszcze kupę czasu.
O dziwo słuchają mnie i pod nosem nawet bąkają przeprosiny.Wzdycham głęboko.Za dużo emocji.Postanawiam na razie dać sobie spokój z pytaniami i przejść na jakiś bezpieczniejszy temat.
-Wybraliście już imię może? -Pytam jakby od niechcenia,przysuwając sobie krzesło,bo nogi zaczęły drżeć mi od zmęczenia.Adrenalina wywołana nadmiarem emocji już spadła,a mnie ogarnęło przeraźliwe zmęczenie.Dopiero teraz uzmysławiam sobie jak senna jestem.Wczoraj praktycznie w ogóle nie spałam.Po prostu nie mogłam,siedziałam przy Casianie i co chwilę podawałam mu wodę,albo przykrywałam kocem sprawdzając jak się czuje.Ewidentnie coś było nie tak z jego organizmem.Teraz odczuwałam tego dotkliwe konsekwencje.Przecieram oczy pięściami i unoszę na nich wzrok,bo nie doczekałam się jeszcze odpowiedzi.
-Właściwie,to tak.-Kira przeciąga głoski,jakby to  co mówi było jakąś wielką tajemnicą.Unoszę brew,na znak żeby kontynuowała.-Razem z Harrym wybraliśmy imię.Wiedziałam jakie będzie już kiedy na nią spojrzałam.
-Aha.-Kiwam pomału głową nie do końca rozumiejąc to przeciąganie sprawy.
-Nathalie...-Mówi cicho,a mała otwiera oczka jak na jakiś sekretny znak.Patrzy na mnie para kawowych tęczówek-dokładnie takich samym jak ma Clar i ja.
I Zayn.
-Poznaj Nathalie.-Kończy zdanie z szerokim uśmiechem,a ja czuję lekki ucisk w żołądku.Wypuszczam głęboki oddech z płuc,patrząc w oczy małej istotce,która uśmiecha się do mnie.I to tak piękny widok,że sama robię to niepewnie.Jest po prostu nieziemska.Patrzę na Clar,czując jak moje oczy szklą się od łez.Ona też płacze.Widzę jak po jej policzkach toczą się łzy,które skapują na główkę małej.
-Nauczyłaś mnie,że nie można być idealną,ale można pozostać dobrą,nawet jeżeli zewsząd otacza cię mrok.I mimo,że ty nie wierzysz w swoją dobroć to ja zawsze będę w ciebie wierzyła.Bo jesteś dobra Nathalie.I wiele dla mnie zrobiłaś.Wiele mi wybaczyłaś.Chciałabym by moja córeczka była taka jak ty,Pomijając drobne szczegóły.
Boże Broń myślę kiedy to mówi,ale mimo tego czuję niewyobrażalne szczęście,które sprawia że uśmiecham się przez łzy.Patrzę na małą Nathalie i jej rączkę,którą do mnie wyciąga.Unoszę się z krzesła niepewnie biorąc ją w swoją,a potem podnoszę ją delikatnie za zgodą Clar.Wydaje się tak maleńka i drobna,że boję się,że mogę skrzywdzić ją jednym ruchem.Przyciągam ją delikatnie do siebie.Patrzy na mnie ufnie i kładzie małą dłoń na moim policzku,na co parskam lekkim śmiechem,po czym szepczę.
-Cześć Nathalie.
A ona się uśmiecha.


****
Ktoś się wzruszył? Bo ja nie.Cholernie to zjebałam,ale nie mam siły wymyślać nic bardziej płaczliwego.
Do następnego.
Nobody :)
Ps.NIENAWIDZĘ LICEUM

poniedziałek, 31 października 2016

Maybe i love You? Rozdział 37

Przełykam gorzką ślinę wpatrując się beznamiętnym wzrokiem w jajecznicę z boczkiem,którą zrobił dla mnie Casian.Zerkam na niego odruchowo.Ma kaca,bardzo dużego bo wczoraj upił się w ramach rekompensaty za ostatnią noc,tuż obok mnie jakby chciał mi powiedzieć ,,Patrz suko,dzisiaj to ty będziesz musiała taskać moje zwłoki na kanapę"
I tak było.
Pił jak nienormalny-tak dużo,dopóki nie stracił przytomności a ja nie wiedziałam czemu aż tak zależy mu na tym by być pijanym.
-Zjesz za mnie?
-Nie mogę.
Przymykam powieki,odchylając się lekko na krześle.Telefon sprzed godziny nie dawał mi spokoju,dlatego na wszelki wypadek po prostu go wyłączyłam,by nie kusił mnie aby oddzwonić do tego...człowieka.
-Proszę cię,zrzygam się jak przełknę chociaż trochę.
Jego twarz pozostaje kamienna kiedy mówi.
-Jestem muzułmaninem ,nie mogę jeść wieprzowiny.
Uchylam lekko usta, chcąc wypuścić z nich siarczyste przekleństwo.Jak mogłam o tym zapomnieć?
Zayn nie był religijny,praktycznie w ogóle nie stosował się do przykazań Koranu,ale jeżeli chodziło o posiłki,to reagował jakby instynktownie i zawsze odmawiał mięsa.A ja nigdy nie miałam zamiaru go do tego nakłaniać.Zastanawiałam się za to,jak jest z Casianem w tych sprawach.Czy też był wstrzemięźliwy tylko w kwestii jedzenia,czy stosował się również do czegoś innego.
Może się modlił.Może to było dla niego ważne.
Albo miał to gdzieś,tak jak Zayn.
Nie wiem czy człowiek taki jak Casian mógłby być wyjątkowo wierzący,ale podobno nie ocenia się książki po okładce.Czy jakoś tak.
-Robiłem ją dla ciebie ,czując się jak gówno,więc uszanuj to i kurwa zjedz chociaż trochę.
Jest zły,bo jest na porządnym kacu,a ja to rozumiałam,bo na kacu każdy oddech,każdy dźwięk doprowadza cię do szału,masz ochotę wyzywać wszystkich niezależnie od tego kto, lub co to jest i wrzeszczeć,ale nie możesz bo wiesz że wtedy nie wytrzymałbyś z bólu.
Więc robię to o co poprosił i nakładam trochę na czubek widelca-tam gdzie jest najwięcej boczku.
-On dzwonił,prawda?-Mimo,że to było pytanie,zadaje je takim tonem,jakby odpowiedź według niego była oczywista.
I była.
Kiedy tylko zobaczył  moją minę, po tym jak przyłożyłam telefon do ucha wszystkiego się domyślił.Bo wszystko było na mojej twarzy.
Jedzenie prawie utyka mi w gardle.Przełykam je szybko,krztusząc się cicho.
-Ta.-Oblizałam słone usta.-To on.
-Nie powinnaś była się rozłączać.-Stwierdza przystawiając brzeg szklanki do ust.-Jeżeli zadzwonił,musiał mieć powód.Albo był narąbany,ale to chyba niemożliwe o 9 rano.
-Cokolwiek to było-nie interesuje mnie.-Mówię zimno,pozwalając widelcowi upaść z brzękiem na talerz.-Nie mam już z tym człowiekiem nic wspólnego. A on nie ma nic wspólnego ze mną.
Casian wzrusza niedbale ramionami,przymykając na moment powieki.
-Tego nie wiesz.
~ZAYN~

Był zdenerwowany,kiedy po raz szesnasty wybierał numer Harrego.Wiedział jednak,że mężczyzna musi wiedzieć,że Kira rodzi,bo to właśnie do niego kazała mu dzwonić w pierwszej kolejności.
I tak robił,ale bez żadnego odzewu.
Już nie wszedł do szpitala,cały czas siedział na ławce i palił jak nienormalny.I nie miał zielonego pojęcia czemu jeszcze tu był.
Przecież stary Zayn miałby gdzieś brunetkę i jej bachora.Ojciec dzieciaka prędzej czy później i tak się o tym dowie,a on nie ma z tym nie wspólnego.Co go w ogóle obchodzi przyjaciółka Nathalie? Nawet za bardzo jej nie zna,miał z nią jedynie tę małą śmieszną tajemnicę,ale to chyba go do niczego nie zobowiązywało.Więc czemu tu siedział,czemu nie potrafił się ruszyć i tak uparcie dobijał się do nieznajomego Harrego?
Tego sam nie wiedział.
Mógłby spróbować zadzwonić do Nath jeszcze raz-z numeru Kiry na pewno by odebrała.
Ale nie miał odwagi.
Jak zwykle.
Potarł prawą brew palcami,pomiędzy którymi był odpalony szlug,a potem zaciągnął się i słuchał po raz osiemnasty sygnału.Już tyle czasu się w niego wsłuchiwał,że miał dość tego dźwięku,ale nie poddawał się i co kilka minut odnawiał połączenie,jakby automatycznie.Wzrok miał znudzony,wypuszczał dym z buzi i nawet odrobinę nie spodziewał się,że mężczyzna tym razem odbierze.
A odebrał.
I wpadł w taki słowotok,że Zayn nawet jakby wiedział co powiedzieć mu na wstępie, nie dałby rady tego zrobić.W sumie,nie było czemu się dziwić.Dzwonił do niego równo osiemnaście razy.Jaki mężczyzna nie wystraszyłby się tylu nieodebranych od ukochanej?
-...nie bądź zła,proszę cię,dobrze wiesz że miałem cholernie ważne spotkanie i nie mogłem go przerwać.Idę właśnie do cukierni kupić ci coś słodkiego na przeprosiny.Jesteś zła? Dobrze wiesz,że gdyby to nie było nic ważnego odebrałbym,po prostu...
Wywrócił oczami i pierwsza myśl jaką miał w głowie to:co za pantoflarz.
Jak można tak podporządkować się kobiecie i tak bardzo się jej bać?
Przyrzekł sobie,że on nigdy w życiu taki nie będzie i z tym postanowieniem przerwał paplaninę zielonookiego.
Rzecz jasna bardzo subtelnie.
-Kira rodzi.
Jedyne co usłyszał w odpowiedzi to przyspieszony oddech.A potem cisza.Cisza.
Zamrugał szybko powiekami.
To chyba było wystarczająco subtelne,no nie?
-Jak...kim jest...co?
-Rodzi.-Stwierdził i dodał po sekundzie.-W szpitalu.
Cisza.
Liczył ilość oddechów na minutę,patrzył na bramę szpitala i był zaciekawiony jego reakcji.
-Kim ty w ogóle jesteś i czemu masz jej telefon?
-Naprawdę to w tej chwili najbardziej cię interesuje?-Zapytał kpiąco.Jego pewność siebie wróciła w oka mgnieniu.Na nowo wcisnął przycisk największego dupka na świecie.
I tak było najlepiej dla wszystkich.
Dla niego.
Dla wszystkich.
Spokojnie podał adres oszołomionemu mężczyźnie,żeby potem rozłączyć się bez słowa wyjaśnienia.
Odetchnął z nieskrywaną ulgą.
W takiej postaci czuł się najlepiej.
Całkiem spoko jest być złym gościem.Nikt nie oczekiwał od ciebie,że będziesz miły,a kiedy byłeś skurwysynem,nikogo to nie dziwiło.No i nikt od ciebie nie oczekiwał niczego dobrego.
Dobrzy goście mieli o wiele gorzej.
I nikt ich nie kochał.
A jego kochały wszystkie.
A kogo on kochał?
Westchnął ciężką,obracając telefon Kiry w dłoni.Chyba to był odpowiedni moment,żeby wykonać jeszcze jeden telefon.

 
***
-Możesz tego nie palić tutaj?-Macham dłonią przed twarzą Casian'a,który trzyma w ustach blanta i chamsko dmucha mi gęstym dymem  prosto w twarz.Mrugam oczami,które podrażnione od dymu piekły niemiłosiernie,obracając komórkę w dłoniach.
-A ty możesz przestać być suką i włączyć ten telefon zanim wybuchniesz od nadmiaru emocji?-Zerka na mnie lekceważąco jakby specjalnie w tej samej chwili zaciągając się lufką wypełnioną ziołem.
-Nie cierpię na nadmiar emocji Cas.-Zaciskam mocno szczęki,opierając się o zagłowie kanapy.
-Widzę.
-Wal się dupku.-Rzucam w niego poduszką.Chcąc nie chcąc ciągle zastanawiałam się jak dużo nieodebranych mam od niego.Co prawda czułam  rosnącą satysfakcję ,że to ja byłam tą stroną,która olała sprawę,ale jednak...coś mi mówiło,że młodszy Malik ma rację.Niezależnie od tego jak bardzo mnie to irytowało.
-Włącz telefon Nathalie.-Zerka na mnie z lekkim uśmiechem,przykładając skręta do ust.Patrzę na to jak zamyka oczy rozkoszując się uczuciem jakim daje mu trawka i jak jego rzęsy rzucają cień na policzki.Był rozluźniony i zadowolony.
A ja nie.
I chyba to wkurza mnie najbardziej.To,że chcę wyrwać mu joint'a z dłoni,zaciągnąć się tak porządnie,żeby aż zabolałyby mnie płuca,a potem czuć się jak bóg.I zapomnieć o wszystkim.Kręcę głową  jakbym chciała wyrzucić z niej tę  kuszącą  myśl.Nie mogłam palić.Nie po tym co stało się ostatnio,musiałam jakoś się ogarnąć,musiałam...ale ten blant jest tak kuszący.Patrzę jak zahipnotyzowana na pełne usta chłopaka,który leniwie wypuszcza dym z ust.Oblizuję dolną wargę.
-Przestań.-Śmieje się perfidnie,zaciągając się jointem.Wywracam oczami wstając z kanapy i rzucając w niego moim telefon.W ostatniej chwili łapie go w wolną dłoń.
-Idę zapalić.-Oświadczam niepotrzebnie,bo prawdopodobieństwo,że cokolwiek go w tej chwili obchodzi jest równe zero.Ostatni raz patrzę na jego czarną głowę i kłąb dymu,który go otacza,a potem wychodzę z domu,bo w przeciwieństwie do niego nie zamierzam palić w środku.Gdyby Lil wróciła byłaby wkurzona.
Albo i nie.
Kręcę głową zapalając szluga. Dalej nie mogłam uwierzyć,że mnie tak po prostu zostawiła.Całkowicie samiusienką.Przecież doskonale wiedziała,że pakuję się w kłopoty średnio kilka razy w tygodniu.Zamykam oczy mocno zaciągając się szlugiem.Jak mogła? Jedyna osoba,jaką miałam w życiu,moja rodzina,moja siostra...po prostu miała mnie w dupie.
Racja.Należało mi się.Należało mi się jak nikomu innemu,bo byłam  prawdopodobnie najgorszą siostrą na świecie.W ogóle jej nie słuchałam,pyskowałam i ciągle pakowałam się w jakieś kłopoty.
I w dodatku dałam się przelecieć jej chłopakowi,który kiedyś był moim chłopakiem i pobiłam rekord kłamania.
Ale najgorsze było to,że to nie przez to mnie zostawiła.
Tylko przez to,że zdradziła swojego chłopaka,a on ją zostawił.
Również nie przez to.
Bo chyba nie wiedział,że puściła się z Liamem,no nie?
Podskakuję gwałtownie słysząc wesoły głos Casian'a ,a wszystkie mięśnie momentalnie mi się spinają.Bo to czuję.Wiecie,takie coś co zwykle jest kiedy przeczuwamy coś bardzo bardzo złego.Ja to właśnie czułam,to dopadło mnie przed chwilą i nie mogłabym pomylić tego z czymkolwiek innym.Najprawdziwszy strach.
Ale przed czym?
Gaszę niedokończonego peta o ścianę,a potem szybko wchodzę do domu i kieruję się prosto do salonu,gdzie niedawno siedział Casian.
Dalej tam był.Z telefonem w dłoni.
Moim telefonem.
I rozmawia z kimś.
Przez mój telefon.
Podchodzę bliżej chcąc jak najszybciej wyrwać mu aparat z ręki,wiedząc,że naćpany jest zdolny do wszystkiego,ale on przeczuwa co zamierzam zrobić;szybko odrywa telefon od ucha i unosi wysoko nad głową,wiedząc,że ma jakieś 13 centymetrów przewagi.Bierze na głośnomówiący uśmiechając się jak diabeł,a potem mówi.
-Zayn.Czy możesz powtórzyć,proszę?- Jest fałszywie zaciekawiony,a ja słysząc imię jego brata momentalnie się wzdrygam.Słychać ciężkie westchnienie,które sprawia że momentalnie robi mi się niedobrze.
~Wiesz,to nic takiego,po prostu twoja przyjaciółka rodzi i byłoby miło gdybyś się tu pojawiła,rzecz jasna,jeżeli twój obecny stan ci na to pozwala.
Uchylam usta w lekkim szoku,a potem skaczę i wyrywam telefon z ręki Casian'a,który jęczy niezadowolony,a potem wybucha gromkim śmiechem.Dym z trawki,który jest w powietrzu lekko mnie otumania,więc wychodzę z salonu i idę do korytarza.
-Kiedy zaczęła rodzić?
-Z jakieś 3 godziny temu.
Łapię się za głowę,przeklinając pod nosem.Po co ja do cholery wyłączałam ten telefon?
Drapię się w kark.
-Nie mam jak dostać się do szpitala Zayn.Cass się upalił,a taksówka przyjedzie za nie mniej niż pół godziny.
-To się nazywa prawdziwy pech.-Mówi,a potem śmieje się krótko,a ja zaciskam szczęki.Kretyn.Nawet w tym momencie musi być...sobą.Mam się już rozłączać,świadoma tego że ta rozmowa raczej nie doprowadzi do niczego pomocnego i zamawiać taksówkę,bo nie mam innego wyjścia,ale zatrzymuje mnie jego głos.-Czekaj na mnie pod domem .Będę za 10 minut.
A potem się rozłącza,nie czekając na odpowiedź.

MISIAKI!
Sorry,że tak długo i że taki krótki i nudny,ale wena poszła się kochać wraz z oryginalnością i pomysłowością do lasu,soo..WESOŁEGO HALLOWEEN i tak dalej :)
Do następnego! :D

czwartek, 1 września 2016

Maybe I love You? Rozdział 36.

      ~CLARISSA~
Wsłuchiwała się w słowa rozmówcy,który znajdował się po drugiej stronie słuchawki i gładziła delikatnie duży brzuch.
-Dziękuję,że mi o tym powiedziałeś.-Przemówiła w końcu.-Byłabym wdzięczna gdybyś od czasu do czasu do niej zaglądał.Wiesz jak bezmyślna potrafi być.
-Jasne.-Nie wyczuła w głosie Casiana wahania.Jakby to,że zajmował się jej najlepszą przyjaciółką było rzeczą oczywistą i całkowicie naturalną.Trochę ją to zaskoczyło,mimo wszystko była mu za to wdzięczna.Tak naprawdę nigdy go nie poznała,ale z opowieści Nathalie wywnioskowała,że nie był tak podły jak jego starszy brat.Myśl,że Nathalie ma kogoś oprócz niej  i Niall'a sprawiła,że poczuła się trochę lepiej.
-Dziękuję.-Rozłączyła się nie czekając na odpowiedź.Odłożyła telefon na komodę i przetarła zmęczoną twarz dłonią.Znosiła ciąże wyjątkowo źle,wymiotowała często,praktycznie po każdym posiłku,albo spała,albo leżała  i ta monotania zdawała się wykańczać ją psychicznie.Kiedyś nie mogła usiedzieć w domu,cału czas imprezowała albo po prostu spotykała się ze znajomymi w kawiarniach i klubach.A teraz praktycznie nie wystawiała nosa na świeże powietrze.Na początku było dobrze,jadła normalnie,miała te słono słodkie zachcianki,ale potem jakby jej organizm odpychał wszystko co mu podawała.Gdyby powiedziała,że nowy styl bycia jej pasuje,okłamała by samą siebie.Jednak wiedziała,że jedyną odpowiedzialną osobą jest ona sama.No i Harry,ale jemu nie mogła zarzucić absolutnie niczego.Na początku był zszokowany,ale z czasem stał się odpowiedzialny jak nigdy.Był opiekuńczy,troskliwy,spełniał każdą jej zachciankę,ale to nie zmieniało faktu,że nienawidziła każdego dnia,każdego oddechu.I te wątpliwości;nie była pewna,czy będzie dobrą matką,ba,wiedziała że nie nadaje się do tej roli,ale czemu ktokolwiek miał się temu dziwić? Miała w końcu dopiero 17 lat.Temyśli pojawiały się za każdym razem,kiedy dotykała swojego brzucha.Nie chciała stracić dziecka,już go kochała,ale..no właśnie,zawsze musi być jakieś ale.
Poczuła parę silnych rąk,które oplotły ją w tali i położył dłoń na jej dłoniach-na jej brzuchu,jej dziecku.
Ich dziecku.
Zamknęła na moment powieki,jakby próbowała uciszyć swoje myśli-uśmierzyć niepokój,który gościł w jej sercu od bardzo dawna.Dzisiejsza informacja o Nathalie dołożyła jej dodatkowych zmartwień,a przecież nie mogła się stresować.Przynajmniej tak powiedział jej ginekolog.Nie mogła myśleć jedynie o sobie,kiedyś niszczyła tylko siebie,ale teraz miała pod sercem istotę,która ją potrzebowała i będzie potrzebować przez całe życie.
Na którą nie była gotowa.
-Coś się stało?-Wiedziała,że w pewnym sensie to pytanie było retoryczne,ale i tak pokiwała głową w geście przytaknięcia.Westchnęła ciężko,jakby chciała w ten sposób skomentować wagę sytuacji.
-Nathalie.
To słowo wystarczyło,by Harry wiedział,że coś złego działo się z przyjaciółką jego partnerki.Ucałował jej obojczyk,przemieszczając duże dłonie na lędźwie dziewczyny.
-Co zrobiła?
-Dlaczego sądzisz,że coś zrobiła?
Przymknął na moment powieki,słysząc oskarżenie i wyrzut w jej głosie.Wiedział,że w jej stanie nie powinna się denerwować dlatego próbował złagodzić sytuację.
-Miałem na myśli.-zaczął delikatnie,jakby szukając w głowie słów,które by ją nie rozzłościły.-...co złego jej się przytrafiło?
-Jej siostra wyjechała i zostawiła ją samą,bez wyjaśnienia.A ona znowu pije.-Obróciła głowę,wpatrując się intensywnie w jego oczy.-To znowu się dzieje Harry.Ona znowu się stacza.
-Spokojnie.-Obrócił ją w swoim kierunku,mocno w siebie wtulając.Clar załkała w jego ramię cicho,jakby sama się przed tym powstrzymywała.-Mam do niej pojechać? Zrobię jej zakupy,na pewno ma pustą lodówkę.
Pokręciła głową.
-Casian jest przy niej.
-Kto to Casian?
Machnęła na niego ręką,jakby odtrącała natrętnego owada,jakby dając mu znać że nie ma ochoty na odpowiedź,a on to uszanował.Zapadła długa cisza,którą zagłuszył dźwięk jego telefonu.Przymknął powieki domyślając się kto może do niego dzwonić.No tak,miał dzisiaj ważne spotkanie ze swoim wspólnikiem z Nowego Yorku.Kompletnie wyleciało mu to z głowy.Spiął się lekko.
-Muszę iść.Mam spotkanie,mój wspólnik przyleciał dzisiaj do Londynu,żeby obgadać parę ważnych spraw dotyczących studia.Bardzo mi przykro kochanie,ale muszę zostawić cię na parę godzin samą.
Pociągnęła nosem,kiwając głową w geście zrozumienia.Przecież miał też firmę,pracę,jego marzenia,które ona tak beztrosko zniszczyła.Miała z tego powodu wyrzuty sumienia.Był młody,utalentowany,w Nowym Yorku osiągał tak wielki sukces,a teraz musiał siedzieć z nią w Londynie, póki nie urodzi.Później mieli się wyprowadzić,ale wiedziała że i tak nie będzie jak dawniej.
-Oczywiście.Wracaj szybko.-Pocałował ją delikatnie w usta,na co przymknęła powieki uśmiechając się lekko.Nie minęła minuta,kiedy wyszedł i pozostał po nim jedynie zapach mocnych,drogich perfum.Podeszła do lodówki i wyciągnęła z niej wodę,jedyną rzecz,którą była w stanie przełknąć.Schudła,a jej duży brzuch,był całkowicie nieproporcjonalny do wychudzonego ciała.Jakby przyczepiła do siebie za ciężką piłkę,która przeważała jej wagę.Ale to nie było coś, co mogło uchodzić za dziwne,nie jadła praktycznie całe dnie,jeżeli już były to jakieś sałatki owocowe,które przygotowywał jej Harry.Spojrzała na lodówkę automatycznie wykrzywiając wargi w grymasie obrzydzenia.Była pełna jedzenia od jej matki,a ona ani myślała go dotknąć.Podskoczyła słysząc dzwonek jej telefonu,do którego od razu podbiegła.Zerknęła na wyświetlacz,marszcząc mocno brwi.Numeru nie znała.
-Halo?-Jej głos wydawał się był skrzeczący i obcy,jakby wcale nie należał do niej.-Halo?!
Ale odpowiedziała jej tylko cisza.Zagryzła wargi lekko wkurzona.Wiedziała,że ktoś jest po drugiej stronie słuchawki;słyszała jego oddech,ale nie głos.
-Słuchaj,jeżeli się zaraz nie odezwiesz,rozłączam się.
-Nie zrobisz tego.
Uchyliła lekko oznaczone pomadką usta,łapiąc krótki oddech.Znała ten głos,aż za dobrze.Tej charakterystycznej chrypy nie usłyszała u nikogo innego i z nikim innym nie mogła jej pomylić.Nie mogła jednak uwierzyć,że to właśnie do niej dzwoni.Nie miała też pojęcia,dlaczego to robi,ale mimo wszystko słuchała jego słów.I ani myślała się rozłączyć.Dokładnie jak przewidział.

Sama nie wiedziała,czy postępuje właściwie.Założenie cienkiego swetra i czarnych adidasów-zakluczenie drzwi i zejście po schodach klatki, przyszło jej automatycznie,ale jej nogi  nie za bardzo chciały współpracować,jakby samą siebie powstrzymywała przed tym by iść dalej.Ale było już za późno-przynajmniej tak sobie to tłumaczyła,kiedy zobaczyła go siedzącego na ławce;tej ze złamanym oparciem.Zachowywał się tak jak zawsze-tak jak na niego przystało.Papieros był w jego ustach-tam gdzie zawsze był i jego krucze włosy były wygolone po bokach,a jego nogi były wsunięte w ciężkie czarne buty,w których powinno mu być za gorąco.I ramoneska również była ta sama i ten obojętny wzrok-ten sam,niezmienny.A jednak wydawał się jej być kimś zupełnie innym,a przecież nie wyjechał tak dawno,bynajmniej nie na tyle by mógł się zmienić.Wiedziała,że ma jeszcze szansę się wycofać,w końcu nie zauważył jej,ale mimo to odważnie stawiała kroki w jego stronę,cicho siadając obok niego,jakby nie chciała go spłoszyć.Wiedziała,że ją zauważył,zerknął na nią kątem oka,ale nie odezwał się do niej ani słowem,jakby wcale nie był pewien jej obecności.Ale to nie była prawda,zrobił to bo mu się tak podobało,bo był najważniejszy w tej grze i zdawał sobie z tego sprawę.I nie powiedział nic,co było jak dla niego normalne.Był uparty,chciał żeby to ona pierwsza coś powiedziała,a przecież to on chciał się spotkać z nią,a nie ona z nim.Nie wiedziała czemu milczy,czy to przez to,że chciał jej zrobić na złość,czy przez to że nie wiedział co mógłby jej powiedzieć.Wiedziała jednak,że jeżeli chce opuścić to miejsce trochę szybciej,musi wziąć sprawy w swoje ręce.A więc zrobiła to.
-Wróciłeś.
Niby nic nie znaczące słowo,a podziałało na niego wyjątkowo bardzo.Obrócił głowę w jej stronę gwałtownie i popatrzył na nią jakby jej nie znał.Wyglądał na lekko zagubionego,jakby sam nie mógł uwierzyć że to właśnie zrobił.Że wrócił.
-Dlaczego?-Nie wydawał się skory do rozmowy,jednak jego wzrok mówił sam za siebie.Jakby samym spojrzeniem odpowiadał na jej pytania.Nie był taki jak dawniej,wrócił po niedługim czasie odmieniony,jednak nie wiedziała co dokładnie go tak zmieniło.Jego zagubiony wzrok i drżące dłonie,które ściskały papierosa sprawiały,że był dla niej obcy.Taki inny i zadziwiająco...ludzki.
-Czemu zadajesz pytania,na które sam nie znam odpowiedzi?-Głos miał schrypnięty,jakby wypalił paczkę mocnych papierosów,ale nie była do końca pewna czy w tej kwestii dużo się pomyliła.Palił kiedy chciał się rozluźnić,kiedy był zdenerwowany,wściekły,zestresowany,kiedy miał dobry humor i kiedy mu się nudziło.Palił praktycznie zawsze i ciągle.
-A co jeśli ja znam na nie odpowiedź?-Zapytała,a jej głos brzmiał złośliwie,jakby stawiała mu jakieś wyzwanie.-A co jeśli odpowiedzią na twoje pytanie jest niska,farbowana brunetka,alkoholiczka,nałogowa palaczka mająca najbardziej czerwony przycisk samo destrukcji na tej planecie? Która prawdopodobnie teraz upija się jakąś w cholerę drogą whisky,którą wyposażyłeś barek w domu jej siostry.Pomyśl Zayn.
Jego wyraz twarzy zmienił się diametralnie.I znowu ta maska chłodnej obojętności i nic poza nią.Na nowo stawał się kamieniem,którego nic nie ruszy,potworem nie znającym słowa empatia.
A przecież nie chciał taki być.
Jego ojciec był taki i został sam.I wiecznie uciekał,wiecznie się bał.Nie znosił myśli,że pomału zamienia się w jego marną kopię.A przecież nie chciał być taki jak on.Nie chciał być sam.Nie chciał się bać.
Ale nie chciał też kochać.
Nie potrzebował tego uczucia.Nigdy nie wydawało mu się za specjalnie potrzebne.Ludzie zakochani byli dla niego żałośnie słabi.A on nie chciał być słaby.Siła i równowaga to wszystko co mu zostało.Jak mógł tak po prostu pozwolić,by hamulce które do tej pory tak bardzo zaciągał,puściły? 
Był przyzwyczajony do tego,że to jego kochały,to jego wielbiły i pragnęły go dotykać,patrzeć na to jak śpi i jak wstaje i jak pali.I chciały mieć go tylko dla siebie i dotykać jego skóry,która dla nich była złotem.Był dla nich bogiem.Nie mógł wyobrazić sobie myśli,że to on stara się o kogoś,pragnie kogoś dłużej niż kilka tygodni.To było dla niego niepojęte.Absurdalne.Jak ktoś taki jak on mógłby poniżać się przed...kobietą? Uwielbiał to,że miał każdą na skinięcie palca.
Więc dlaczego czuł się tym znudzony? Dlaczego miał dość już tych wszystkich przelotnych łóżkowych historyjek?
Patrzyła na to jak chłodnym spojrzeniem obdarza każdego przechodnia,jak skupia wzrok na ławkach i drzewach,jakby chciał patrzyć wszędzie tylko nie na nią.Jakby widział w niej prawdę,której nie chciał dostrzec.Był dobrym,piekielnie inteligentnym obserwatorem.Widział wszystko,mógł odczytać każdego kogo chciał.Ludzka psychika była dla niego całkowicie odgadniona.
Rozpoznawał uczucia innych,ale nie umiał rozpoznać własnych.A może nie chciał? Sam tego nie wiedział.
-Kochacie się i wzajemnie niszczycie.Powiedz mi,jak można całe życie uciekać przed miłością?-Delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu,jakby nie chciała żeby się rozpadł.Nie zareagował na ten gest w żaden sposób,jego twarz pozostała niewzruszona,kamienna i skupiona.I wciąż nie patrzył w jej stronę.-Nie uciekniesz przed tym.Chyba,że chcesz być nieszczęśliwy do śmierci.
Zgryzł mocno wargę,tak że zrobiła się biała.
-Może tak byłoby łatwiej?
-A czy teraz jest ci łatwiej?
Jej pytanie nie uzyskało odpowiedzi.Zacisnęła mocno szczęki.Był chyba najtrudniejszym rozmówcą z jakim miała do czynienia.Dała mu chwilę na poukładanie myśli w nadziei,że jej odpowie.To się jednak nie stało.
-Wiesz,Lil wyjechała.-Zaczęła naturalnym głosem,ale on nawet nie drgnął.-Zostawiła ją samą.Ona nie ma już nikogo Zayn rozumiesz?
Rozumiał jak nikt,bo mimo tego,że nie był sierotą przez całe życie był sam.Nigdy tak naprawdę nie poznał czułości,jego życie opierało się na dzikości i niebezpieczeństwie,wychował się w świecie egoistów,którym sam się stał,bo tylko tak mógł przetrwać.Dziewczyny go zaspokajały,pieniądze wykorzystywał na picie,motory i samochody.Czasem wysyłał je też rodzinie.Na tym polegał jego świat,tym zawsze żył i to mu wystarczało.Aż do teraz.Bo właśnie teraz był ten moment,w którym poczuł się naprawdę sam,poczuł, że nic tak naprawdę nie zrobił przez całe swoje życie prócz niszczenia innych osób i samego siebie.A przecież ona mogła mu to dać.Przy niej czuł coś więcej niż tylko pożądanie.
A nie była idealna,znał przecież piękniejsze,bogatsze,które dałyby mu cokolwiek zechciał,gdyby tylko o to poprosił.
A ona piła,paliła i ćpała.Potrafiła kilka dni z rzędu przeżyć na porządnym kacu.Nie dbała o to czy się niszczy,czy umrze dzisiaj albo jutro.Żyła chwilą.Była nieodpowiedzialna,mroczna,sarkastyczna,dzika,egoistyczna.Pełna wad,całkowicie pustych zalet.
I tak bardzo przypominała mu jego samego.Tego,którego tak bardzo nienawidził.Ilekroć spojrzał w lustro.Ilekroć otworzyć usta,by zaczerpnąć oddech.Nie miał prawa egzystencji.
Dlaczego więc nie próbował dopuścić jej do siebie?
Tego nie wiedział,może bał się zniszczyć ją jeszcze bardziej.Sama siebie niszczyła,gdyby miał jej w tym pomóc nic by z niej nie zostało.
Ale przecież nie musiał jej niszczyć.Mógł pomóc jej wstać,mógł ją stworzyć od nowa.
Ona też mogłaby mu pomóc.Budowali by siebie nawzajem.Wiedział jednak,że to nie będzie takie proste.Bo oni nie byli tacy jak każdy,oni się kłócili,obrażali i robili sobie na złość.Nie mógł sobie wyobrazić,że mogłoby być inaczej.
-Co mam zrobić?-Wyszeptał tak cicho,że był niemal pewny,że go nie usłyszała.Nie było to wbrew pozorom pytanie zadane brunetce obok.Zadał je samemu sobie,swojej podświadomości i swojemu sercu,które dopiero teraz dało znak że istnieje.
Ale to Clarissa mu na nie odpowiedziała.
-Kochaj ją.
Dopiero teraz na nią spojrzał.I znowu do jego spojrzenia wkradło się coś prócz obojętności i znowu pokazał swoją słabość.
-Nie wiem czy potrafię.
-Potrafisz.-Zaskoczyła go pewność w jej głosie.Bo ona naprawdę wierzyła w to,że jest dobry.Nathalie też kiedyś w to wierzyła.Ale wydało mu się,że przestała.
Bo jeżeli przestała wierzyć w samą siebie,jak miała wierzyć w jego,tego który skrzywdził ją i jej siostrę ,który ją obrażał i upokarzał,zdradzał i traktował w tak okrutny sposób? Sam by siebie nie kochał,gdyby był kimś innym.
Chciał wydusić coś w odpowiedzi,ale gdy uchylił lekko usta. Clar zaczęła nienaturalnie głośno oddychać,łapiąc się za brzuch,a na jej skroniach pojawiły się kropelki potu.Uniósł brwi wiedząc już,że dzieje się coś bardzo bardzo bardzo złego.
-Wody...
-Wody?-Patrzył na nią lekko zdziwiony nagłym obrotem spraw.Wzruszył leniwie ramionami.-Nie mam przy sobie.
-Wody... mi odeszły...-Był tak zaskoczony,że nie rozumiał co do niego mówiła.Patrzył to na nią,to na jej brzuch w lekkim osłupieniu.-Rodzę idioto!
Zawyła w końcu i krzyknęła gardłowo.Mimo wczesnej pory w parku było tylko kilka osób,ale nikt nie był zainteresowany tym co robiła.Wręcz przeciwnie-udawali,że nic nie widzą,albo ulatniali się jak najszybciej.Cholerni ignoranci,pomyślała oddychając przez usta.Wyjęła telefon i podała go Zaynowi przymykając powieki na chwilę.Boże,w tamtej chwili naprawdę myślała że umrze.
-Zadzwoń do Harrego.
Nie miał  zamiaru pytać kto to Harry-a nawet jeśli,wydawało się to być najmniej ważne w tym momencie.Przeklął głośno,próbując po raz czwarty się do niego dodzwonić,ale Harry-kimkolwiek był,nie odbierał.
-Dzwonie po karetkę.
-Nie! Nie zdążą!-Krzyczała głośno.Sytuacja nie było komfortowa,a on zadawał sobie w głowie jedne i te same pytania.
Czemu teraz,czemu tutaj i najważniejsze-czemu on?
Nikt jednak nie wydawał się skory do odpowiedzi,a Clar była coraz bardziej rozjuszona i oddychała coraz głośniej.Bał się,że urodzi na jego oczach,jeżeli to w ogóle możliwe w tak krótkim czasie.Chyba nigdy w życiu nie czuł takiej mieszanki strachu i wściekłości jak teraz.Podrapał się po karku.To nie mogło dziać się naprawdę.
-Musisz zawieźć mnie do szpitala.
-Wybacz słonko,ale mój samochód jest za drogi,żebyś mogła w nim rodzić.
Ta odpowiedź sprawiła,że popatrzyła na niego oburzona i tak wściekła,że wszystkie żyły wyszły jej na wierzch.Jak mógł teraz myśleć o sobie? Ona do cholery właśnie rodziła,a on zastanawiał się tylko jaki los podzieli jego tapicerka.Co za skończony palant!
-Zayn! Ja rodzę!-Krzyknęła,jakby chciały mu o tym przypomnieć,ale on doskonale zdawał sobie z tego sprawę.Aż za dobrze.
Westchnął.przebiegając dłonią po włosach w geście frustracji.Przeklinał swoje chrzanione szczęście.Z pewnością to była jakiegoś rodzaju kara za grzechy.Właśnie tak to sobie tłumaczył,kiedy objął czarnowłosą w talii pomagając jej podnieść się z ławki.
-A niech to.-Pokręcił głową,gdy stawiali małe kroki w kierunku jego czarnego,błyszczącego,nowego audi.-Mam za dobre serce.
-Kłóciłabym się.-Wysyczała przez zęby a potem z jej gardła wydobył się głośny krzyk.Nie znał się za bardzo na rodzeniu,ale wyglądało bardziej niż boleśnie i nie zazdrościł Clar.Ale to właśnie sobie w tej chwili  współczuł najbardziej.Popchnął ją lekko na fotel pasażera,a brunetka posłała mu ostre spojrzenie.
-Ostrożnie do cholery!-Zatrzasnął mocno drzwi auta,już po chwili tego żałując.Nie powinien być wobec niego taki nieostrożny,kosztował go kupę kasy.
Z resztą,o co on się do cholery martwił? Za chwilę w jego samochodzie-nowym samochodzie nawiasem mówiąc-urodzi się jakiś dzieciak.Drzwi doprawdy były najmniejszym problemem w tej sytuacji. Kiedy zasiadł za kierownicą i przekręcił kluczyk w stacyjce Clar wciąż krzyczała na niego jak bardzo egoistyczny jest i gdyby nie to,że tak długo się zastanawiał,już dawno byliby w szpitalu,a ona i jej dziecko mieliby fachową opiekę.Nie mógł już znieść jej krzyków,dlatego posłał jej ostre spojrzenie po czym stwierdził spokojnie:
-Wy baby,nawet jak rodzicie nie potraficie się zamknąć.-I skręcił gwałtownie.Za gwałtownie.Clarissa spojrzała na niego ze złością,kiedy uderzyła ciałem o drzwi, na chwilę zapominając o głębokich oddechach.
-Pozabijasz nas!-Stwierdziła,patrząc na licznik z przerażeniem.Mogło się wydawać,że gałki wyskoczą jej z oczodołów,tak bardzo je wytrzeszczyła.
- Wolę nas zabić,niż płacić kolejny raz za skórzaną tapicerkę..-Machnął ręką.
Zignorowała jego słowa i zbolały wzrok przeniosła na brzuch, skupiając się na oddechach.
-Boże,przecież to nie miało być dzisiaj,termin był za dwa tygodnie,.
-Niespodzianka,niespodzianka.-Wysyczał sarkastycznie zaciskając dłonie na kierownicy.Doprawdy dzieciak miał idealne wyczucie czasu.Że też dzisiaj,że też teraz.Cholera!
-Cholera!-Ryknął wyprzedzając ciężarówkę i z całej siły uderzył dłońmi o kierownicę.To nie był jego dzień.
-Zaraz zemdleję.-Oj tak,też chciałby sobie  zemdleć,ale obawiał się że wtedy naprawdę nie przeżyliby tej marnej przejażdżki.On przeklinał co chwile pod nosem,a ona krzyczała jak opętana,czuł się jak w jakimś bardzo bardzo złym koszmarze i jedyne czego pragnął to po prostu się obudzić.
Chyba jeszcze nigdy nie czuł takiego szczęścia,jak w chwili,w której zaparkował przed szpitalem.Wypadł z samochodu jak torpeda,prawie natychmiast wyciągając z niej dziewczynę i bynajmniej nie chodziło tu o jej dziecko.Potem wszystko działo się szybko,kiedy Clar nawrzeszczała na grubą recepcjonistkę,która niczym się nie przejmując,leniwie szukała jej danych oraz doktora prowadzącego w komputerze-zleciało się stado pielęgniarek,które natychmiast wzięły ją pod swoje skrzydła,ku ogromnej uldze bruneta,który puścił ją od razu.Kiedy zniknęły w jednej z sal,jego zagubiony wzrok spoczął na grubej,wciąż znudzonej recepcjonistce i dopiero wtedy dotarło do niego co się naprawdę stało.Przedtem wydawało mu się,że śni.Ale to nie był sen, a jedynie koszmar.
Upragniona cisza była tym czego potrzebował-tak samo jak papierosa,którego już po chwili odpalił z nieukrywaną ulgą.
Wiedział co teraz będzie musiał zrobić i kogo powiadomić o porodzie Clarissy i wcale mu się to nie podobało.Inaczej-bał się tego,był pełen negatywnych uczuć i po raz pierwszy w życiu czuł coś tak bardzo ludzkiego i tak bardzo do niego niepodobnego.Cysty,niczym niezmącony strach.Kiedy skończył palić,wymacał telefon w swojej kieszeni i przystawił go do ucha czekając na sygnał.
Po raz pierwszy nie miał cholernego pojęcia co powiedzieć.
I autentycznie się stresował,jak jakiś cholerny dzieciak przed pierwszą randką.
Kiedy odebrała przełknął głośno ślinę i powiedział
-Cześć Nathalie.
A to nie było mądre,z czego doskonale zdawał sobie sprawę.
I spodziewał się wszystkiego,że na niego nakrzyczy,albo z niego zadrwi,albo wyrzuci mu to jakim potworem jest,że odzywa się dopiero teraz i to jeszcze tak obcesowo,jakby nic się nie stało.
A ona nie zrobiła nic.
Tylko się rozłączyła.

NIESPODZIEWANA niespodzianka :D
Dzisiaj dla przypomnienia 1 września,kto się cieszy wraz ze mną? xD
Do zobaczenia kiedyś tam,trzymajcie się ciepło i nie uczcie się za dużo
Narka!

piątek, 29 lipca 2016

Maybe I love You? Rozdział 35.

W życiu było mało chwil podczas których naprawdę straciłam głos,albo moje myślenie kompletnie się wyłączyło i nie miałam zielonego pojęcia co mogłabym powiedzieć.Zwykle waliłam jakieś pozbawione sensu zdania albo słowa,które jeszcze bardziej komplikowały sytuację i wpędzały mnie w jeszcze większe kłopoty.
Ale je mówiłam.Zawsze coś mówiłam.Cokolwiek.
A teraz nie mogłam.
Ot tak.To tak jakby Bóg się rozmyślił i nagle postanowił zrobić ze mnie niemowę.Albo jakby ogryzek z jabłka utknął w moim gardle.
I nie mogłam wypowiedzieć ani słowa.
Ani małego słowa.
Mogłam za to patrzeć.
Patrzeć na spokojną twarz mojej zmarłej,lub jak się teraz okazuje-nie do końca zmarłej matki.
Była taka jaką ją zapamiętałam.Miała lekko zniszczoną ,bardzo bladą cerę z licznymi piegami na nosie i policzkach,kształtne usta,których niestety po niej nie odziedziczyłam.
I oczy.
Czarne oczy.
Ja miałam inne.Moje były jak ocean karmelu lub mlecznej czekolady,a jej przypominały czarne tunele.
I były piękne.
Mama była ładna,ale tata ją zniszczył.I nie mówię tylko o psychice.Fizycznie też wydawała się zniszczona.
Jednak wciąż dla mnie idealna.
A tak chciałam ją nienawidzić.
Chyba tak po prostu jest z niektórymi ludźmi.Starasz się ich nienawidzić,usunąć z pamięci.Starasz się udawać,że nigdy nie istnieli,że nic dla ciebie nie znaczyli.Ale prawda jest zupełnie inna.
Prawdą jest to,że najbardziej chcesz zapomnieć ludzi,którzy znaczyli dla ciebie więcej niż ty sam.
Nie byłam nawet na jej pogrzebie.
Chciałam zapytać czy ma mi to za złe,ale chyba byłam zbyt wielkim tchórzem.
Albo naprawdę straciłam głos.
Albo jedno i drugie.
-Miło cię znowu zobaczyć.-Powiedziała zachrypniętym głosem.Jej głos też lubiłam.Ale był tak odległy, jakbym słuchała go przez grubą szybę.I nie mogłam dokładnie przypomnieć sobie jego brzmienia.-Zmieniłaś się.
-A ty nie.-Moja natura przezwyciężyła zdumienie i przerażenie.Przebiła się przez grube mury mojej wrażliwości i czułości.A z resztą,nie oszukujmy się,te mury nie były aż tak grube.
Nie byłam ani wrażliwa ani za specjalnie czuła.
Byłam za to bardzo zdezorientowana.
Bo ona do cholery naprawdę tu była.
Moja ZMARŁA matka.
-Chyba nie jesteś zbyt szczęśliwa Nathalie.
Odwróciłam od niej wzrok i skupiłam go na jej grobie.Jej ciało leżało parę stóp pod nami w trumnie,którą kupiła moja siostra.I nawet nie wiem skąd wzięła na nią pieniądze.
I na grób też.
Cholera,dopiero teraz zdałam sobie sprawę jaką ignorantką jestem.
-Nie.
-Dlaczego jesteś nieszczęśliwa?
Dlaczego?
Chyba sama nie znałam odpowiedzi na to pytanie.
Nie znałam jednej odpowiedzi,za to znałam ich mnóstwo.
Jestem nieszczęśliwa bo jestem uzależniona od alkoholu i papierosów.
Jestem nieszczęśliwa bo nie mam rodziców.Nigdy ich tak naprawdę nie miałam.Nawet wtedy kiedy żyli.
Jestem nieszczęśliwa bo moja siostra mnie zostawiła.
Jestem nieszczęśliwa bo jej potrzebuję.
Jestem nieszczęśliwa,bo ją okłamuję.
Jestem nieszczęśliwa,bo ją zdradziłam.
Jestem nieszczęśliwa bo kocham Zayna.
Jestem nieszczęśliwa bo ta miłość sprawia,że jestem nieszczęśliwa.
Jestem nieszczęśliwa bo nie umiem pożegnać najważniejszych osób w moim życiu.
Jestem nieszczęśliwa,bo ciągle ranie moich bliskich.
Jestem nieszczęśliwa bo nie radzę sobie sama ze sobą
Jestem nieszczęśliwa,bo jestem sama.
I zawsze będę.
Jestem nieszczęśliwa,bo jestem nieszczęśliwa,a chciałabym choć raz zaznać prawdziwego,czystego szczęścia.
-Nie wiem.-Mówię,zagrzebując moje myśli głęboko pod dywan.
Bo to jest to,co zawsze robię.
-Powiedz mi proszę.-Objęła mnie ramieniem a ja się wzdrygnęłam,bo to było realne.-Obiecuję nikomu nie wygadać.Chociaż w sumie to byłoby trudne nie sądzisz? Zmarli nie obgadują.
Ten nieśmieszny żart sprawił,że zaśmiałyśmy się cicho.
A mój śmiech w kilka sekund zamienił się w żałosny szloch.
-Nie chcę tak żyć mamo.-Pokręciłam mocno głową,zaciskając powieki.A łzy nie przestały płynąć po moich rumianych policzkach.Mamo.To słowo smakowało w moich ustach tak dziwnie.Cholernie.To pewnie dlatego,że tak rzadko go używałam.-Jestem kompletnie sama.W czarnej dziurze.Wszystkim byłoby lepiej beze mnie.Lil byłoby beze mnie lepiej.
Przytuliła mnie do siebie,ale nie odczuwałam ciepła jej ciała.
-Nie gadaj głupot Nathalie.-Wyszeptała do mojego ucha,ale jej oddech nie odbił się od mojej skóry.Nie poczułam nic.Jakby była duchem.Była niczym.Ja byłam niczym w porównaniu do całego wszechświata.-Zagubiłaś się,każdemu się zdarza.
-Mi zdarza się to całe życie.-Pociągnęłam cicho nosem.Byłam żałosna,zachowywałam się żałośnie,ale przez całe życie miałam w sobie taką pustkę,która w rzeczywistości pustką nie była.Musiałam opróżnić moją pustkę.Musiałam ją z siebie wyrzucić.Teraz byłam pusta naprawdę.
-Może masz rację.-Stwierdziła po dłuższej chwili na co zerknęłam na nią przelotnie.-Ale mimo tego jak bardzo ją niszczysz ona wciąż cię kocha.Jeszcze nie zrozumiałaś Nathalie? Jesteś dla niej najważniejsza.-Powiedziała.-Niezależnie od tego co zrobisz,jak bardzo ją skrzywdzisz,jak bardzo się upijesz- ona zawsze będzie do ciebie wracać i cię kochać.I choćbyś na nią napluła ona wciąż będzie twoją rodziną,twoją krwią,twoją siostrą.I twoją nadzieją na lepsze życie.Zawsze.
Przełknęłam gorzką ślinę i przyłożyłam palec do strupka na ustach.
-A co z Zaynem?-Mój głos był jakby obcy,brzmiał dziwacznie i nienaturalnie drżał.To było smutne.Bo przewidziałam to,że kiedy zacznę użalać się nad sobą,nie przestanę.Nie będę mogła.Bo kiedy po policzku spłynie jedna łza-jedno złe wspomnienie,zaraz po niej przyjdą kolejne.Bo złych wspomnień miałam w nadmiarze.-Chyba go kocham.
-Oczywiście,że go kochasz.-Odparowała bez chwili zastanowienia.I brzmiała tak pewnie,że aż się zdziwiłam.Ostrze w moim sercu zaczęło pomału z niego wychodzić.To pewnie dlatego czułam tak dotkliwy ból w tym miejscu.I to także było smutne,zważywszy na to ,że stosunkowo niedawno odkryłam że naprawdę mam ten narząd.-Ale ta miłość nie jest dobra.Ta miłość należy do tych złych.Taką samą darzyłam twojego ojca.
Wzdrygnęłam się na wzmiankę o nim.Nie widziałam go od czasu,kiedy kazałam mu się wynosić z mojego życia.Posłuchał z czego byłam zadowolona.Nie potrzebowałam go.Miałam Lil.
Kiedyś.
Pytanie czy nadal ją mam.
-Więc co mam z nią zrobić?
-Dlaczego pytasz o to mnie?-Odwróciła twarz w moim kierunku.-Ja nie wiem co czujesz.
-Kocham go.Ale nie wiem co mam z tym zrobić.-Podrapałam się mocno po policzku.-Powinnam o nim zapomnieć.Powinnam wyrzucić go z mojego życia.
-Nie da się zapomnieć o kimś do kogo należy twoje serce Nathalie.-Skarciła mnie.-Im bardziej będziesz się starać,tym marniejsze skutki odniesiesz.
-Więc co? On powie Lil o wszystkim prędzej czy później to zrobi.Wiem to.
-Nie zrobi tego.-Spojrzałam na nią jawnie zdziwiona.-Ty to zrobisz.
-Niby czemu miałabym to zrobić? Kłamałam przez całe życie tak dużo razy,że ten jeden nie zrobi mi większej różnicy.-Stwierdziłam nonszalancko,wzruszając ramionami.-I tak pójdę do piekła.
-W takim razie poczekam tam na ciebie.-Kiwnęła głową uśmiechając się pod nosem.Na jej stwierdzenie ciarki przeszły mnie wzdłuż kręgosłupa.-Pamiętaj jednak,że niezależnie od tego co zrobisz ona będzie cię kochać.Sama sprawiasz,że twoje życie jest skomplikowane.
-To tyle mamusiu? Żadnej rady na przyszłość,pouczającego monologu,czegokolwiek?
-Nie wiem czemu,ale wydaje mi się że nie potrzebujesz rad człowieka takiego jak ja.-Chciałam jej powiedzieć,że wbrew pozorom nie jesteśmy tak bardzo różne.Że ja też jestem kłamcą i egoistką i też mam problemy z alkoholem.Jednak nie zdołałam wypowiedzieć głośno moich myśli,gdyż sama doszłam do tego parę chwil temu.-A teraz czas się obudzić.
Spojrzałam na nią lekko zdziwiona nieoczekiwanym zwrotem wydarzeń.
-Co?
-Obudź się  Nathalie.-Złapała mnie gwałtownie za ramiona a ja nabrałam głębokiego oddechu do płuc całkowicie zdezorientowana.-Obudź się.Green.Green!
-GREEN!-Moje oczy otworzyły się tak szeroko,a usta próbowały złapać potrzebny tlen i dostarczyć go płucom.Przeniosłam zagubiony wzrok na sylwetkę Casiana.Przez kilka chwil nie wiedziałam co się dzieje.Rozglądałam się po pokoju.Nie po cmentarzu w którym byłam jeszcze przed chwilą.A w głowie miałam jedną myśl,która nie mogła do mnie dotrzeć.
To nie było prawdziwe.To nie było prawdziwe.ONA nie była prawdziwa.
Nie potrafiłam określić co czułam.Nie byłam rozczarowana,nie byłam też szczęśliwa.Podświadomie,gdzieś tam bardzo bardzo głęboko w zakamarkach umysłu schowała się tęsknota za matczynią miłością.Niezależnie od tego jak bardzo patologiczna była moja rodzina-była nią.I koniec kropka.
-Słodki Jezu.-Wychrypiałam w końcu.Moje gardło było wysuszone i domagało się wody a tył głowy bolał mnie niemiłosiernie,ból był okropny-niemal nie do zniesienia.Skrzywiłam się mocno wracając do rzeczywistości.Ból całkowicie sprowadził mnie na ziemię i wyrywał z osłupienia.Kac całkowicie sprowadził mnie na ziemię.Tak samo jak twarz mocno zirytowanego diabła stojącego nade mną.
-Przestać zachowywać się jak niedorozwinięta i ruszaj dupę bo zaraz osobiście zaniosę cię do łazienki.
Zmarszczyłam mocno czoło przesuwając szorstkimi dłońmi po policzkach.Byłam okropnie zmęczona,a przecież przed chwilą się obudziłam.
-Co?
-Ach,czyli ty nie udajesz.Naprawdę jesteś głupia.-Palną wpatrując się w sufit.-Wstawaj,nie mamy czasu.
-O co ci chodzi Cass?-Nie wiedziałam skąd się tu wziął,zapomniałam co działo się dzisiejszej..albo wczorajszej nocy.Dopiero później uzmysłowiłam sobie,że leżę na bardzo niewygodnej kanapie w moim salonie a noc była stosunkowo niedawno bo zaledwie parę godzin temu.Nie mogłam sobie jednak dokładnie przypomnieć co czarnowłosy tu robi.Pamiętam jedynie whisky,fajki,wshisky i...telefon! Telefon do Cass'a po pijaku. Tak!
Tylko..co on tu dalej robił? Myślałam że wyszedł jak zalana w trupa zemdlałam na kanapie.
Ja bym tak zrobiła.
I on z pewnością też tak zrobił.
Ale wrócił.
Po co?
Jego głośne mlaśnięcie wyrwało mnie z otępienia.Zerknęłam na niego szybko.
-Powiedz mi Green,jesteś głucha?
Pokręciłam głową.
-To może naćpana?
Ponowiłam czynnością, nie wiedząc do czego zmierza.
-A może jesteś niespełna rozumu i tracisz kontakt z rzeczywistością?
Po raz kolejny: nie.
-Więc jeśli jesteś zdrowa umysłowo i trzeźwa, czemu nie rozumiesz co do ciebie mówię?-Złapał mnie za ramiona i niezbyt delikatnie postawił do pionu.Zachwiałam się lekko.-Won do łazienki,załóż jakąś kieckę zakryj białą twarz tapetą i spieprzamy stąd.Nie dziwię się czemu Zayn uciekł,też bym długo z tobą nie wytrzymał.Potrafisz doprowadzić do szału nawet tak opanowanego człowieka jak ja...
-Ale gdzie ty chcesz iść?-Przerwałam mu,a on posłał mi zdegustowane spojrzenie.
-Jak to gdzie? Na imprezę,nie widzisz jak jestem ubrany? Koszula idealna do zarzygania!-Wskazał kciukiem na swoje ubranie a ja przyjrzałam mu się dokładniej.Co dziwne był ubrany wyjątkowo elegancko,miał na sobie białą koszulę ,luźno związany czarny krawat i spodnie od garnituru.I wyglądał niepoprawnie dobrze.I zdecydowanie nie wyglądał jakby szedł na imprezę.-Dobrze,powiem ci bo widzę że jesteś dzisiaj wyjątkowo rozleziona.Jak zapewne wiesz wielkimi krokami zbliża się zakończenie roku szkolnego.I dziwnym trafem-dla przypomnienia-jest ono właśnie dzisiaj.W ten piękny,słoneczny skacowany poranek.Ja-jako twój świeżo upieczony.nowy najlepszy przyjaciel,postanowiłem,że przyjdę po ciebie i pomogę ci z wyborem sukienki,ewentualnie potrzebnych dodatków.Normalna dziewczyna latałaby  z rajstopami na głowie od piątej nad ranem,ale ty jak zdążyłem zauważyć- do normalnych nie należysz.Zamiast się szykować, spałaś jak kamień,nie mogłem cię dobudzić.A teraz,kiedy wreszcie mi się to udało ty nie masz pojęcia, że żyjesz.-Nabrał powietrza do płuc,bo tlen skończył mu się przez nagły słowotok,a ja spojrzałam na niego szczerze zadziwiona.
Naprawdę zapomniałam,że jest koniec roku szkolnego?
Kto normalny jest do tego zdolny?
Nie jesteś normalna.
-Green spieprzaj do łazienki sie ogarnąć,bo ktoś musi odebrał twoje świadectwo ukończenia klasy.Swoją drogą.Jakim cudem w ogóle zdałaś?
Nie słuchałam go,pobiegłam szybko do pokoju nie patrząc nawet ile czasu mi zostało.I tak byłam pewna,że się spóźnimy.
Cudownie lodowata woda, zdawała się działać kojąco na mój wykończony organizm.Po prysznicu czułam się jak nowo narodzona.Świeża i zdolna do logicznego myślenia wycierałam mokre ciało ręcznikiem wpatrując się w lustro.Miałam odrosty na włosach,ale nie miałam pojęcia kiedy będę miała ochotę pójść do fryzjera.Ale to nie włosy były moim głównym problemem,a całokształt.Szczególnie sińce pod oczami i chorobliwie biała twarz.Dotknęłam dłońmi  ramion i aż podskoczyłam widząc na biodrze ślad dłoni.
Jego dłoni.
Niepewnie biorąc drżący oddech do ust-przyłożyłam do niej swoją dłoń,tak delikatnie jakbym bała się że parzy.Kreśliłam małe kółka w tym miejscu,delikatnie mimo,że ślad ukośnik znamię,ukośnik jakieś inne gówno jak to-nie bolało.Nie wiedziałam jak wielka jest jego dłoń, puki nie zobaczyłam jej odcisku na wystającej kości mojego biodra.Szybko zabrałam rękę.Wypuściłam nadmiar powietrza z ust wciągając na siebie bieliznę, a potem czarną sukienkę.Zapowiadał się długi dzień.

Wygładziłam materiał sukienki na kolanie i wypuściłam z ust nadmiar powietrza.
-Wyglądasz wyjątkowo nieźle,jak na osobę która czuję się jak gówno.
-Skąd wiesz jak się czuje?
-Bo wyglądasz jak gówno.
Prychnęłam pogardliwie,przeczesując grzywkę palcami.
-Dzięki,tak w ogóle.
Wydawał się zdezorientowany.Poluźnił krawat na szyi jeszcze bardziej.
-Za co?
-Za wszystko.-Wzruszyłam ramionami.-Gdyby nie ty,nie poszłabym na zakończenie roku.
Zacisnął palce na kierownicy,uśmiechając się w ten typowo  Malikowy sposób.Wyglądał wtedy zupełnie jak Zayn.Odwróciłam szybko wzrok od jego twarzy.Nie mogłam uwierzyć,że są tak podobni,a zarazem tak różni.
-Nie ma sprawy.Mówiłem ci,że ktoś musi zastąpić mojego braciszka pod jego nieobecność.
Wywróciłam oczami.
-On miałby gdzieś to czy na nie pójdę.
Nieoczekiwanie poczułam ciepło jego dłoni na mojej-chłodnej i szorstkiej.W przeciwieństwie do swojego brata miał ręce ciepłe i gładkie,a jestem pewna że o nie nie dbał.Pogładziłam kciukiem jego kostki.Też chciałabym mieć takie gładkie dłonie.
-Nie jestem taki jak on.Już ci mówiłem.-Wyznał sucho w skupieniu patrząc na drogę.Poprawiłam się na fotelu.
-Myślisz,że mogłabym cię pokochać?-Nim zdążyłam ugryźć się w język ,wypowiedziałam na głos swoje myśli.Nie miałam pojęcia czemu to zrobiłam/Może tęskniłam za miłością? Może miłość tęskniła za mną? Spojrzał na mnie lekko zaskoczony.
I kiedy myślałam,że nie odezwie się do końca drogi- on wyznał cicho.
-Ja mógłbym cię pokochać.
I poczułam ciepło w dole żołądka,ale całkiem inne niż przy Zaynie.
Casian był inny.Przy nim czułam podekscytowanie i radość.I coś czego nie mogłam zidentyfikować.Bo był-sarkastyczny,zabawny i wyjątkowo miły...czasami mu się zdarzało.
Zayn był nieobliczalny-nigdy nie wiedziałam czego mogłam się po nim spodziewać.Przy nim czułam niebezpieczeństwo.Był owiany tajemnicą.I nigdy nie był miły.Potrzebowałam jego miłości,jego bliskości jak oddechu.Ciągle o nim myślałam i rozpaczliwie próbowałam sprawić by mnie pokochał,nawet jeżeli nie chciałam tego przyznać przed samą sobą.A on to wykorzystywał.Pomyślałam sobie,że może czas przestać myśleć tylko o nim.
Może zasługuję na kogoś kto pokochałby mnie równie mocno co ja jego.Może potrzebowałam miłości,która by mnie nie zabijała,a budowała?
Spojrzałam na Casiana zastanawiając się,czy on mógłby mi to dać.Był bratem Zayna-jego lepszą,trochę łagodniejszą wersją.Ale czy bezpieczniejszą? Widziałam jak jego szczęka zaciska się,jeszcze bardziej uwydatniając kości policzkowe.
To że był lepszy,nie oznaczało że był dobry.


~ZAYN~
Szedł spokojnym krokiem w jednej ręce trzymając papierosa,którego co chwilę unosił do poranionych zębami ust-drugą ściskał rączkę srebrnej walizki.Próbował być opanowany,albo przynajmniej starać się za takiego uchodzić-zawsze tak robił gdy był wściekły albo odczuwał niepokój.Przybierał na twarz maskę zimnej obojętności i do tej pory wychodziło mu to znakomicie.Nie mógł jednak opanować drżących dłoni,które zdradzały jak bardzo był zdenerwowany.Zgniótł niedopałek papierosa i wszedł do ciemnego,opuszczonego budynku rozglądając się po wnętrzu.Skrzywił się nieznacznie wyczuwając zapach wilgoci i pleśni.Odwykł od prostego życia w Bradford,od kiedy zamieszkał w Londynie zrobił się wygodnicki.Ze zwykłego chłopaka stał się mężczyzną chodzącym w markowych ubraniach i pachnącym drogimi perfumami,na które sam zapracował-nie zawsze legalnie;mimo wszystko tęsknił za Bradford.Nie był tu,od kiedy parę lat temu wyprowadził się do Londynu goniąc za lepszym życiem i pracą.Chciał zarabiać na siebie i wspomóc matkę i siostry.Casian nie był dużo młodszy od niego-mimo to też czuł się za niego odpowiedzialny.Ale tego nie okazywał i nigdy by się do tego nie przyznał,bo właśnie taki był i taki chciał być.Obojętny na ludzką krzywdę.Pracował różnie;w warsztacie u ojca znajomego,tworzył projekty dla studia tatuaży w centrum i trochę dilował,ale rzadziej od kiedy wyjechał.W Londynie było łatwiej wmieszać się w czarne interesy.Więcej glin,za to też więcej ludzi-mniejsza szansa na rozpoznanie przez nieznajomą osobę.Wysyłał pieniądze najstarszej siostrze;Donya na początku je odsyłała,ale później sytuacja musiała całkowicie ich przerosnąć bo schowały dumę do kieszeni i przyjmowały pieniądze,które im darował.Był pewien,że ojciec wszystko co zarobił przepijał,albo przegrywał w kasynie.Zawsze tak robił.Później wplątał się w jakieś szemrane interesy z mafią,która go wrobiła-trak trafił za kratki.Do czasu.Stęsknił się również za znajomymi,których miał tu wielu i których również zostawił.Spojrzał na walizkę lekko unosząc ją do góry,jakby chciał zważyć jej ciężar.Za kontaktami też tęsknił.Znajomości były jego mocną stroną,gdyby nie to,nie miałby tego czego chciał.Kumple zawsze mu pomagali-byli wobec niego lojalni i wierni,nigdy go nie zawiedli.Ale on nadal im nie ufał.Nie umiał ot tak obdarzyć kogoś tak wielkim uczuciem jak zaufanie.To było dla niego prawie,że nierealne.Był zbyt czujny,zbyt ostrożny.Nie lubił się przywiązywać.Pewnie dlatego o tym,że tu jest,wie tylko Liam.Tylko albo aż-pomyślał wchodząc do budynku bardziej.Stawiał pewne kroki po zakurzonym betonie,mimo że odczuwał nagły niepokój.Było bardzo cicho.Za cicho.Wypuścił cicho powietrze z ust w geście ulgi,kiedy go zobaczył.Siedział tam,wyluzowany,z papierosem w dłoni i wpatrywał się pustym wzrokiem w ścianę,z której odleciał prawie cały tynk.Dwudziestodwuletni mężczyzna  podszedł do stołu,który stał na środku pomieszczenia  i położył na nim srebrną walizkę,agresywnym ruchem przesuwając ją w stronę przyszłego właściciela.
-Zgodnie z umową.-Burknął nieprzyjaźnie wyciągając papierosa z paczki.Nikotyna uśmierzała jego ból i zdenerwowanie.Z papierosem w ręku czuł się lepiej.
Mężczyzna uniósł swoje ciemne oczy-takie same jak miał Zayn-i zeskanował jego sylwetkę przenikliwym spojrzeniem.Casian i Doniya również mieli urodę po ojcu.Te same ciemne oczy-ta sama ciemna karnacja i czarne włosy.Jedynie najmłodsza Safaa posiadała delikatną urodę matki.Wzdrygnął się na myśl o swojej rodzinie.Dawno nie widział-ani rodzicielki ani sióstr.Nie mógł na nie patrzeć,po tym jak wyjechał i zostawił ich na pastwę ojca pijaka i hazardzisty.Gardził sobą,za to co im zrobił,ale matka sama dokonała wyboru.Pamiętał,jak postawił jej ultimatum,albo on albo jej mąż-łajdak.Sama była sobie winna.Przynajmniej tak ciągle sobie powtarzał starając się zagłuszyć wyrzuty sumienia,które podpowiadało mu że to przecież nie jego rodzeństwo zawiniło.To zawsze była wina rodziców.
-Dziękuję synu.
-Nie robię tego dla ciebie.-Odpowiedział od razu.Nienawidził go z całego serca.Był jedyną osobą,którą darzył czystą niczym nie zmąconą nienawiścią,jedyną,która przerażała go bardziej niż on sam siebie.Przypomniał sobie,jak obrywał pasem po plecach i rękach za nieposłuszeństwo ;nie miał łatwego dzieciństwa,ale teraz wszystko się zmieniło.On dorósł i był silniejszy.Mógł go zabić gołymi rękami gdyby tylko chciał.Jeden ruch.To mogłoby być takie proste.Potrząsnął głową odpędzając mroczne myśli.
-Wiem.-Mężczyzna pokiwał  głową, wciąż wpatrując się w swojego pierworodnego.
-Wykonałem swoją część umowy.Jeżeli ty tego nie zrobisz,nie będę grzeczny-Pochylił się nad nim.Miał dość bawienia się w miłego chłopczyka na posyłki,ale wiedział że to było dla jego rodziny,która znaczyła dla niego więcej niż by sobie tego życzył.-Spróbuj zbliżyć się do którejkolwiek z nich-znajdę cię i zabiję.
Ojciec machnął na niego ręką przybierając rozbawiony wyraz twarzy.
-Co zrobisz? Zabijesz mnie? -Zaśmiał się,a Zayn popatrzył na niego ze wściekłością wypisaną na twarzy.Gdzieś głęboko w sobie odczuwał strach,że jednak Yaser go oszukał.-Zgnijesz w więzieniu tak jak ja.
-Nawet gdybym miał tam spędzić resztę swojego pieprzonego życia.Ty, z kulką w głowie będziesz moją największą nagrodą.-Wypluł wściekle zaciągając się szlugiem tak mocno,że poczuł jak filter parzy jego wargi.Yaser przyjrzał się mu dokładnie.
-Nie będziesz musiał tego robić synu.-Drażniło go to,że każde zdanie musiał kończyć tym słowem.Był niemalże pewny,że robi to specjalnie, by go wkurzyć.Zacisnął mocno pięści,tak że zbielały mu kostki.Udało mu się.-Nie będę was  niszczył.-Wstał z połamanego krzesła,które wydało nieprzyjemne skrzypienie gdy je odsunął.Zayn śledził każdy jego ruch,patrzył jak podnosi z biurka srebrną walizkę,którą to on niedawno trzymał w ręce i jak stawia kroki w kierunku wyjścia z budynku.Słyszał jak jego ciężkie buty odbijały się o posadzkę,widział jak jego szerokie barki poruszały się przy każdym ruchu.Nikt nie lubił pożegnań,ale dla niego to pożegnanie było czymś cudownym,wyzwalającym.Poczuł się dobrze.Zbyt dobrze,żeby pozwolić by ojciec zapamiętał jedynie cisze, kiedy odchodził.Nie miał zamiaru tak po prostu milczeć i patrzeć jak idzie zadowolony z tego,że znowu jest krok przed nim.
Nigdy więcej,ojcze.
-Ty już nas zniszczyłeś.-Stwierdził oschle.Z satysfakcją zauważył,że ten przystanął i spiął się na jego słowa.Podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu chociaż tak bardzo nie chciał go dotykać.Uśmiechnął się i powiedział.-Życzę koszmarnego życia.Mam nadzieję,że zgnijesz w piekle,ojcze.
A potem odszedł,a zimny wiatr buchnął w jego twarz.Nabrał głęboko powietrza do płuc.
Nareszcie czuł się wolny.

******
Ba dum tsss. OKEJ! Chcieliście Zayn-macie go.Teraz będzie się pojawiał zdecydowanie częściej :)
Chyba że mi się odwidzi i po prostu go zabiję,jak mnie wkurzy :) To narka!
Nobody.


piątek, 24 czerwca 2016

Maybe I love You? Rozdział 34.

Otworzyłam powieki,żeby znowu je przymknąć,bo były zbyt ciężkie.Chociaż w sumie nie,wróć.Powieki nie były ciężkie.To ja byłam zbyt słaba,żeby je otworzyć.Mój umysł był kompletnie przyćmiony przez alkohol i nie wiedziałam czemu robiłam to co właśnie robiłam.A potem tylko wsłuchiwałam się w sygnał telefonu,który  miałam aktualnie przyciśnięty do ucha.Tak dla jasności.Zawsze gdy coś waliło się w moim życiu starałam się uczynić je jeszcze bardziej beznadziejnym.Tudzież nie zrobiłam wyjątku dla tego dnia.
-Co tam Green?
Odłożyłam telefon na płytki balkonowe,a potem złapałam zapalniczkę w palce i odpaliłam papierosa.
-Myślałeś kiedyś o śmierci Casianie?
Usłyszałam po drugiej stronie jakiś szum i skrzypienie łóżka co pewnie oznaczało,że na nim usiadł,albo z niego wstał.
-Jesteś pijana,-To nie było pytanie,tylko stwierdzenie.-Och Nathalie co ja z tobą mam.
-Powiedz mi.
Westchnął ciężko.Usłyszałam jak odpala zapalniczką papierosa.Później świst,wypuścił dym z ust.
-Tak.
Tylko tyle,To była jego odpowiedź.Zaciągnęłam się dymem.
-I dlaczego tego nie zrobiłeś?
-Czego?
-No wiesz.-Wzruszyłam ramionami do ciemności.-Czemu ze sobą nie skończyłeś.Mam na myśli,czemu nie popełniłeś samobójstwa? 
Długa chwila milczenia,kolejny buch dymu,kolejne westchnienie.
-Bo to by było za proste.
Zmarszczyłam brwi,a on jakby to wyczuł bo kontynuował.
-Zabiłbym się i co potem? Zostawiłbym matkę i siostry na pastwę Zayna,albo ojca.Nie wybaczyłyby mi tego.
Zbyt mocno zaciągnęłam się szlugiem,bo dym drapał moje gardło zmuszając do kaszlu.To wszystko przez Zayn'a.Zawsze wszystko jest przez Zayna.Wszystkie katastrofy i epidemie.Ten diabeł jest za nie odpowiedzialny,Przynajmniej takie było moje zdanie w tej kwestii.
-Więc żyjesz tylko dla nich? Dla sióstr i matki?-Mój głos był tak schrypnięty,że ledwo mogłam mówić.
-Nie wiem dla kogo żyje.-Odpowiedział.-Ale wiem,że nie żyję dla siebie.
-A ja?
-Co ty?
Wypiłam z gwinta ostatni łyk wina i skrzywiłam się lekko.Chyba wolę burbon.
-Dla kogo ja mam żyć?-Zapytałam jakby samą siebie,ale on to usłyszał.-Matka nie żyje,ojciec,cholera jedna wie,a ona..ona mnie tak po prostu zostawiła.
Mój głos był tak żałosny,że prawie mnie samej było siebie szkoda.Prawie.
-Ona?-Wydawał się zdezorientowany.Nie odpowiedziałam,wpatrywałam się pustym wzrokiem przed siebie,ale on się nie poddawał.-O kim mówisz?
Przełknęłam słodką od wina ślinę i zgryzłam kciuka.
-O niej.-Odpowiedziałam po prostu.-O Lil.
-Kto to Lil?-Szepnął zdziwiony a potem jękną najwyraźniej przypominając sobie odpowiedź na to pytanie.-Aaa,ona.Co znaczy,że cie zostawiła?
Kolejne wzruszenie ramionami.Chyba to stanie się moją ulubioną czynnością.
Chcesz żyć? Wzrusz ramionami.Nie chcesz? Też wzrusz,co ci tam.
-Wyjechała,cholera wie gdzie i z kim.-Uchyliłam wargi,zgniatając żarzący się niedopałek w dłoni i pewnie,gdybym nie była tak pijana odczułabym wielki ból oparzenia.-A może to jest jakiś znak?
-Znak?-Powtórzył spokojnie.Przymknęłam powieki nie mogąc znieś ciemności jaka mnie ogarnęła.
-No wiesz.Skoro nie mam dla kogo żyć,to może czas to zakończyć?-Uśmiechnęłam się jak szaleniec.-Może czas się zabić?
Sama nie wiedziałam czy to co mówiłam było serio.Ale chyba nie.Chyba nie chciałam przestać istnieć.Przynajmniej nie na chwilę obecną.Musiałam jeszcze coś załatwić.Ale on najwyraźniej potraktował to poważnie.
-Co ty pieprzysz?-Usłyszałam kroki i jego głośny oddech kiedy zbiegał prawdopodobnie po schodach zapewne przekonany,że połykam ostatnią tabletkę nasenną,albo wykonuję śmiertelny ruch nożem,który za chwile rozetnie moje żyły.-Mów do mnie dobra? I kurde jeżeli się zabijesz,to przysięgam,że cię uduszę.
Uśmiechnęłam się lekko.
-Papa Cass.-Odłożyłam telefon i zamknęłam oczy.A potem...potem po prostu była ciemność.
Znowu.
Zaczynałam ją lubić.

-Nathalie!-Poczułam mocne uderzenie na prawym policzku.A potem lewym, i próbowałam otworzyć oczy,ale nie udało mi się tego zrobić.A potem lodowata ciecz rozlała się po całym moim ciele a ja wzięłam głęboki wdech do płuc jakbym przed chwila była pod wodą a teraz wydostała się na powierzchnie i złapała potrzebny tlen.Otworzyłam szeroko powieki i ujrzałam przed sobą czarne oczy i tego samego koloru czuprynę.A potem obraz wyostrzył się całkowicie.
-Jesteś skończoną masochistką Green..-Odparł i usiadł na podłodze odkładając miskę,w której była woda.Teraz spływała po mojej twarzy i wsiąkała w ubrania.
Z początku byłam tak zdezorientowana,że nie wiedziałam gdzie jestem,ale potem rozpoznałam bordowy kolor ścian w salonie i znowu spojrzałam na Casiana.Dopiero po minucie dotarło do mnie,że straciłam przytomność a młodszy Malik mnie ocucił.
-Następnym razem,kiedy będziesz próbowała się zabić, zadzwoń do kogoś innego.Przez ciebie sam omal nie zszedłem na zawał.
Parsknęłam sztucznym śmiechem,przecierając mokrą twarz dłonią.
-Zapamiętam.-Odparłam tylko,a potem dodałam.-Nie udawaj,że się przejąłeś.
-Nie,leciałem tu na złamanie karku w środku nocy dla sportu.-Bąknął wytrącony z równowagi i poszedł do kuchni nastawiając wodę na dwie kawy.Spojrzałam na swoje mokre ubrania.Chyba powinnaś się przebrać.

-Czemu zemdlałam?-Zapytałam mocząc ostrożnie usta w parzącej kawie.Czarnowłosy wzruszył ramionami.
-Miałaś problemy z alkoholem.-Powiedział.-A dzisiejsza noc -miałaś zamienia w czas teraźniejszy.
-Och przestań.To było tylko raz.-Machnęłam ręką.-Miałam święte prawo się upić.
-Kłamczucha.-Pokręcił głową upijając kilka łyków kawy.-Obydwoje wiemy jak alkohol uzależnia ludzi.To przez niego rozpadły się nasze rodziny.A ty widząc to wszystko,wiedząc o tym co wiesz,wciąż po niego sięgasz.Przyznaj się.Naprawdę jesteś masochistką.
Wzruszyłam ramionami (a nie mówiłam,że to było fajne?) i okręciłam się na krześle barowym.
-Może jestem,cholera kogo to obchodzi?
-No nie wiem,może na przykład cholera twoją siostrę?-Warknął wyprowadzony z równowagi,odsuwając od siebie pusty kubek po kawie.-Nie pomyślałaś co zrobiłaby gdyby jednak wróciła do domu,gdyby zobaczyła cie na wpół żywą,leżącą na balkonie,bladą jak trup?.Nie zastanawiałoby cię co by się stało gdybym przyjechał za późno?-Pokręcił głową z niedowierzaniem.-Nie oddychałaś przez jakieś piętnaście sekund,rozumiesz? Nie czułem twojego pulsu...czy ty to kurwa rozumiesz?
-Jasne,że tak Cas.Jasne,że to rozumiem.-Pokiwałam powoli głową,chociaż to co powiedział brzmiało w cholerę groźnie.Mogłam umrzeć.Dopiero teraz dotarło do mnie,że otarłam się o śmierć.I to nie pierwszy raz,z resztą-Ale rozumiem też to,co robię z ludźmi.Tak bardzo nienawidzę Zayn'a,tak bardzo nim gardzę,ale tak naprawdę jestem nawet gorsza od niego.-Uchyliłam wargi,jakby zszokowana własnymi słowami.Przez głowę zaczęły mi się przewijać obrazy milionów złych rzeczy jakie robiłam,jak krzywdziłam wszystkich i jak krzywdziłam siebie.Jak ćpałam,jak paliłam trawkę i rzygałam po alkoholu.Jak kilka razy omal przez niego nie umarłam .I jak biłam i groziłam Gabrielli,jak pogrywałam z nauczycielami,miałam w dupie szkołę,jak okłamywałam babcię Helen bo byłam zbyt wielkim tchórzem.I jak zdradzałam moją rodzoną siostrę z jej własnym chłopakiem.I jak bardzo mi się to podobało.
I tak bardzo wszystko do mnie dotarło.
I poczułam,że Cass nie powinien przyjeżdżać.
Bo może tak byłoby lepiej.
Gdybym po prostu to skończyła.
Gdybym po prostu się zabiła.

Moje nogi wydawały się okropnie ciężkie,kiedy unosiłam je z każdym krokiem,ale mimo to szłam,szłam uparcie przed siebie ściskając w pięści łodygę niebieskiej róży,takiej jaką zawsze ode mnie dostawała.Przymknęłam powieki pod wpływem chwilowego bólu jaki zadał mi jej kolec zagłębiając się w mój palec tworząc małą rankę.
-Siemka-Mruknęłam jakby od niechcenia kładąc kwiatka na grób matki.Usiadłam na ławce nie odrywając wzroku od nagrobka.Zerknęłam na krew,która sączyła się z mojego palca,a potem uniosłam go do ust i ubrudziłam krwią dolną wargę,którą zaraz oblizałam.-Chyba należą ci się ode mnie przeprosiny,w końcu dawno tu nie zaglądałam.-Przerwa na oddech.-Wiesz,bardziej lubię gadać z twoim grobem niż z tobą. Jestem mniej irytujący i nie mówi.-Ta informacja zapewne odmieniła los ludzkości.Parsknęłam śmiechem,który w sekundę zamienił się w żałosny szloch.Od kiedy stałam się taką pizdą do diabła? A co jeśli przechodzę jakąś depresję albo coś w tym stylu?O nie! Nie,nie,nie tylko nie depresja,mam dość depresji.Każdy ją ma.Nie chce,nie chce jej.
Chce tylko przestać mieć spieprzone życie.Chce tylko małego,przeciętnego szczęścia.
Co jeśli wymagam za wiele?
Tak,napewno wymagam za wiele.
A szkoda.
 -Jestem kompletnie do dupy wiesz? Nie mam pieprzonego pojęcia co zrobić.Zostawiła mnie,dasz wiarę? Poszła w diabły i..ja nie wiem.-Złapałam się za głowę.-Co ja teraz zrobię? Myślałam,myślałam że to wszystko jakoś inaczej się potoczy.-Pochyliłam się do przodu podpierając łokcie na kolanach.Byłam zrezygnowana.Jak alkoholik,który się upije i ma gdzieś co się teraz stanie.-powiedz mi coś mam zrobić,powiedz mi jak mam żyć.Bo ja już nie daję rady.
Byłam właśnie jak taki alkoholik.
Byłam tym alkoholikiem.
Niebo zapłakało wraz ze mną,kiedy porządnie krzyknęłam chcąc w ten sposób wyładować swoją złość i ból.I choć wiedziałam,że cmentarz nie jest odpowiednim miejscem na krzyki,nie mogłam tego powstrzymać.
 Nie mogłam powstrzymać goryczy,która zalewała moje serce.
Topię się w niej.
Topię się w goryczy,topie się w bólu.
Proszę złap mnie,złap mnie,bo nie chcę żyć.
Powstrzymaj mnie przed nicością.
Powstrzymaj nicość przede mną.
-Nie wszystko idzie po naszej myśli,ale ty chyba doskonale o tym wiesz.-Podskoczyłam jak piłka,przerażona do granic możliwości i wtrącona z mojej chwili zatracenia.Zamrugałam oczami nie mogąc dać wiary w to co właśnie widzę.
W to kogo właśnie widzę.
Byłam pewna,że mam schizę, i to nie byle jaką,ale taką masakrycznie porządną schizę.
Kompletnie nienormalną
Bo właśnie obok mnie ,na cmentarnej ławce siedziała czarnooka kobieta i uśmiechała się do mnie ciepło rozbawiona moją reakcją.
I wszystko byłoby okey gdyby nie to.że kobieta,która właśnie obok mnie siedziała była żywa.
Ale nic nie było okej.I nic teraz nie było dla mnie zrozumiałe.
Bo ta kobieta nie powinna tu być i do mnie mówić.
Nie powinna siedzieć i się uśmiechać,nie powinna cholera ODDYCHAĆ.
Złapałam potrzebny oddech i odzyskałam zdolność mówienia dopiero po kilku minutach.
Ale dlaczego ktoś miałby się dziwić moją reakcją?
W końcu nie codziennie spotykasz swojego zmarłego rodzica.
No nie?
-Witaj Nathalie.
Przełknęłam żółć w gardle.
-Witaj mamo.
 ***
Zmarli wracają do żywych.Uwierzcie w duchy skarby.
Istnieją naprawdę.
Nobody.






wtorek, 14 czerwca 2016

Maybe I love You? Rozdział 33.

-Nie wierzę.Po prostu kurewsko nie wierzę.-Zerknęłam na Casiana,który chodził w tę i z powrotem co chwilę unosząc do ust dłoń z papierosem.Chyba jeszcze nie widziałam by był tak wkurzony,zwykle wydawał się być spokojny i opanowany.Złość i przesadne okazywania emocji nie brzmiały jak on.Gruba żyła na jego szyi zdawała się być coraz bardziej wyraźna kiedy warczał pod nosem różnorodne przekleństwa.Nie próbowałam go uspokoić,podkuliłam tylko kolana pod klatkę i zaciągnęłam się mocno swoją fajką patrząc przed siebie.-Jak śmiał? Matka specjalnie dla niego przyprowadziła się tutaj,żeby jakoś się dogadać,a on zwiał.Znów zwiał.Pieprzony tchórz.-Wyrzucił papierosa przed siebie i mocno pociągnął za swoje krucze włosy.Jakby chciał się ich wszystkich pozbyć jednym ruchem.Zdziwiłam się lekko jego reakcją,nie sądziłam że zależało mu na zjednoczeniu rodziny.Kiedy powiedziałam o Bradford dostał jakiegoś szału.Czy to znaczy,że gdyby  Zayn  uciekł do Francji,albo Belgii zareagowałby obojętnością?
-Cass,nie bardzo czaję,Bradford jest niedaleko stąd.Zayn w końcu się tu pojawi.
-Niczego nie rozumiesz Green.-Podszedł do mnie i uniósł z ławki tak  gwałtownym ruchem, że  prawie zadławiłam się dymem zaskoczona tym co zrobił.Przybliżył swoją twarz a kciukiem przejechał po mojej pooranej zębami wardze,patrząc w to miejsce.Drgnęłam nerwowo.Po co w ogóle się odzywałam? To był brat Malika,jego rodzina,jego krew.Igranie z którymkolwiek z nich,było jak igranie z ogniem,a ja nie chciałam, cholera spłonąć.-Jeżeli on tam pojechał,to znaczy że szybko nie wróci.A matka znowu dostanie jakiegoś pieprzonego załamania nerwowego.-Każde słowo syczał mi prosto w twarz tak jadowicie jak sam wąż.Wciągnęłam zapach papierosów i cytrusów-jego zapach- kiedy stykaliśmy się nosami.-To wszystko twoja wina Green.
Przez chwilę patrzyłam na niego w osłupieniu a potem przeniosłam wzrok na jego usta,które teraz tak mocno przygryzał.
Miałam ochotę parsknął mu śmiechem prosto w tę jego piękną twarz,ale zamiast tego wysyczałam wściekle.
-Jasne,masz rację,wszystko jest moją winą.Podobnie jak to,że dzieci w Afryce głodują a wasza cała rodzinka jest pieprzoną patologią.Więcej.Grzechów.Nie.Pamiętam.
Usta drgnęły mu w uśmiechu,kiedy znowu spojrzał mi w oczy.
-Wiesz? W sumie to wcale się mu nie dziwie czemu wybrał akurat ciebie.Jesteś ostra jak żyletka.Miał z tobą na pewno wiele zabawy w łóżku.
Miał talent do przeskakiwania z jednego tematu na drugi w bardzo krótkim czasie.Urodzony manipulator.Tak samo jak Zayn.
-Pierdol się.
-Och,taki mam zamiar.-Stwierdził sarkastycznie,robiąc dziwny ruch głową a grzywka opadła mu na czarne oczy.-ktoś w końcu musi zastąpić mojego braciszka w łóżku.
Spięłam się kiedy jego usta zaczęły muskać płatek mojego ucha.Zastanawiałam się czy czuje jak drżą mi ręce,jak moje włoski na karku stają dęba,jak mój oddech przyspiesza.Czy słyszy moje szybko bijące serce,które chciało wyrwać się z mej piersi.
Ja słyszałam.
-Jak myślisz słodka N,kto jest w tym lepszy? Zayn czy ja?-Zaśmiał się gardłowo.-Będziesz miała okazję sprawdzić.
Wzdrygam się przypominając sobie seks z jego bratem w zimnej łazience.Zachowałam się jak nic nie warta zdzira,chyba nigdy nie pozbędę się uczucia tego jak bardzo brudna się stałam przez to co zrobiłam.Ale to było dobre.Wyrzuty sumienia,karma która mnie dopadła za wszystkie kłamstwa jakimi karmiłam ludzi i za to jak ich oszukiwałam.Zasługiwałam na to co się działo.Lil nie.
-Możesz się pieprzyć.Ty i twój braciszek.To wasz taniec,ja nie znam do niego układu.-Mój uśmiech był nieszczery,kiedy ponownie skierowałam swoje spojrzenie na jego usta.-Właśnie wypadam z gry.
-Czy ty niczego nie rozumiesz,głupia dziewczynko?-Odsuną się ode mnie gwałtownie.-Całe moje życie opiekowałem się siostrami i matką i nienawidziłem mojego brata.-Jego długie,smukłe palce co chwile zagłębiały się w mahoniowych włosach lekko pociągając za ich końce.-Chyba tylko wiara w to,że nie jest tak zły jak się wszystkim się wydaje,pozwoliła mi go nie zabić..Mam na myśli-każdy człowiek gdzieś choćby w środku jest dobry.Przynajmniej tak mi się wydawało.Chciałem tylko żeby przestał myśleć jedynie o sobie.Sądzę,że matka oddałaby za to duszę.I może to hipokryzja,ale chciałem być taki jak on,Wiesz,móc się nie przejmować pijanym ojcem,który włazi do domu jak burza,mając w czarnej dupie, że jest środek nocy,że ma dzieci,które przestraszone płaczą bojąc się,że znów ich zbije.
Parska sztucznym śmiechem.I brzmi jakby chciał płakać,zamiast tego,ale się przed tym powstrzymywał.Obserwowałam jego twarz,chcąc zajrzeć mu głęboko w oczy,aby dojrzeć w nich coś,czego nigdy nie zobaczyłam w tych jego brata.Człowieczeństwo.Jednak on uparcie wpatrywał się w jeden martwy punkt,jak w amoku wypowiadając historię swojego życia,której chyba nikt nigdy nie usłyszał.
-Czasami chciałem pójść w cholerę,tak jak on zawsze to robił.Podziwiałem jego kamienną twarz,jego brak empatii.Uwielbiałem go.Był moim starszym,fajniejszym bratem,którego wszyscy tak bardzo kochali i których on tak od siebie odpychał.Ale potem zobaczyłem w oczach moich zapłakanych,pobitych  sióstr coś co pozwoliło mi rozwiązać zagadkę życia.I wreszcie to zrozumiałem.-Spojrzał na mnie,na moją twarz na moje usta a na końcu prosto w moje oczy a ja poczułam jak tracę rozum przez to głębokie zaszklone spojrzenie.Nie sądziłam,że można mieć tak piękne oczy.
Płacząc.
-Nie chcę być taki jak on.-Otworzył usta a pojedyncza łza popłynęła po jego policzku.-Nie chcę być potworem.
Zgryzłam wargę do krwi,kręcąc lekko głową jakbym nie mogła uwierzyć w to co widzę.A potem on tak po prostu wyciągnął papierosa z paczki i podsunął ją pod mój nos,a ja bez wahania się poczęstowałam.Po chwili oboje wypuszczaliśmy dym z ust.
I nikt nic nie mówił.
****
-Nawet nie wiesz jak ci do cholery za zazdroszczę-Patrzę w czarne oczy różowego królika w trampkach ,który siedzi na jednej z półek sklepu dziecięcego i uśmiecha się do mnie wesoło w jednej łapce trzymając marchewkę.
-Niby czego?
-Jak to kurde czego?-Clar bierze w ręce body w małe słonie i przyciąga je do swojego ciała,jakby chciała zmierzyć czy będą na nią dobre,a potem wyciąga małe ubranko przed siebie i składa je później układając na swoim ramieniu.-Masz przy swoim boku dwóch czarnowłosych bogów seksu,którzy bardzo chętnie by się tobą zajęli i nawet nie potrafisz tego dobrze wykorzystać.Ja za niedługo będę po łokcie upaprana w dziecięcym gównie-to co los mi zgotował.
Mam ochotę powiedzieć jej,że sama sobie to zgotowała ale w ostatniej chwili się wycofuję nie chcąc rozpoczynać niepotrzebnej kłótni.
-Ty chyba czegoś nie rozumiesz idiotko.-Marszczę brwi zirytowana jej tokiem myślenia-Co z tego,że ci pseudo Bogowie mają fiuty,którymi umieją się posługiwać,skoro są diabłami w czystej postaci,którzy nie używają swoich mózgów do niczego innego jak knucia podłych intryg,które rujnują życie każdej osobie znajdującej się w przeciągu kilkunastu metrów w ich otoczeniu?
Wydała z siebie coś na kształt fuknięcia a ja jedynie wywróciłam oczami biorąc opakowanie ze smoczkiem w ręce.
-Przesadzasz.Może i Zayn nie jest najlepszym kandydatem,ale Casian wydaje się całkiem w porządku.
-Nigdy z nim nie rozmawiałaś.-Stwierdziłam marszcząc brwi w irytacji.
-No i co z tego? Z oczu mu dobrze patrzy.
Miałam ochotę ją wyśmiać.W oczach miał złośliwe iskierki,niczym mały diabełek,którego zabawą jest niszczenie świata.
Ale pomyślałam o łzie na jego gładkim policzku i przypomniałam sobie jak opowiadał o swoim życiu,o tym jak jego ojciec-tak jak mój pił i bił- i w  duchu przyznałam jej rację.Lecz jedynie w duchu.
Tylko dlatego,że po raz pierwszy,patrząc na niego nie widziałam egoisty,pięknego diabła,czy odbicia Zayna.Widziałam człowieka,tak realnego i kruchego,że to było aż nazbyt przerażające.Sądzę,że to była jedyna z najstraszniejszych chwil w moim życiu.Nie chciałam widzieć go takiego słabego i zrozpaczonego.To był żałosny pozbawiający umiejętności nienawidzenia go obraz.Wolałam jego pewny siebie uśmieszek,jego wyzwiska,jego nonszalancje.Wolałam go nienawidzić,niż mu współczuć.Wiedziałam,że zniosę wszystko,tylko nie łzy w jego oczach.Takich jak ma Zayn.
-Nie patrz w jego oczy,bo ostrzegam że możesz się zakochać słonko.Zacznij lepiej patrzeć w oczy swojego przyszłego męża bo on w porównaniu do tych dwóch młotków ma naprawdę dobre serce.Gdybyś zaciążyła z którymkolwiek z nich uciekliby na drugi koniec stanu.Albo nawet świata.
Szłyśmy dalej szukając potencjalnych produktów,które mogą się przydać po narodzinach dziecka.Wciąż nie znałam płci-to miała być wielka niespodziewana niespodzianka.Z resztą tak jak ta cała ciąże,więc to miało sens.
-Nie mówimy teraz o mnie tylko o tobie.Gdybyś się zakochała może wpłynęłoby to lepiej na twoją ciemną stronę i wreszcie ukazałaby się ta jasna,którą tak skrupulatnie chowasz.
-To,że jestem tutaj z tobą,kupuję ciuchy dla twojego dzieciaka i słucham paplaniny wychodzącej z twoich ust,czyni mnie wystarczająco świętą.
Znów fuknęła jak wściekła kotka i czmychnęła do następnego działu z zabawkami.Jak posłuszny piesek ruszyłam za swą panią.
-Ale dlaczego nie chcesz nawet spróbować się do niego  zbliżyć? Zayn i ty to przeszłość,doskonale o tym wiesz.-Ścisnęła piłeczkę w ręce a ta wydała z siebie głośny pisk,na dźwięk którego niekontrolowanie podskoczyłam.
-Więc mam cię zabrać za drugiego Malika? Posłuchaj siebie Clar.Ich krew jest skażona kurewskim idiotyzmem.Nie chcę mieć już z nimi nic wspólnego.
Wywróciła jasnymi oczami w irytacji,wkładając do koszyka zabawkę.
-Poza tym.Jeżeli nawet chodziłabym z C ;myślisz,że mógłby sprawić,bym była lepsza osobą? Prędzej stałabym się jeszcze gorsza.To by załatwiło mój charakter na amen.
-Przy sobie bylibyście lepszymi ludźmi.
-Taa,jak w jakiejś chrzanionej operze mydlanej.Zrozum,że życie nie zawsze jest jak film,w którym się w sobie zakochują a potem wszystko kończy się happy endem.
-Mogłoby zakończyć się happy endem,gdybyś tylko chciała!
-Te smutne i tragiczne zakończenia są o wiele ciekawsze niż te mdłe.-Stwierdziłam hardo,a bliżej niezidentyfikowany dźwięk wydobył się z jej gardła.
-Ty jesteś smutna i tragiczna.-Odpowiedziała z przekonaniem,a dźwięk dzwonka jej telefonu rozniósł się po całym sklepie.
-Może.Ale przynajmniej nie mdła.

Dzwonił Harry z informacją,że mają dzisiaj rodzinną kolację i mamy przebierać szybciej nogami bo on nie będzie na nią czekał a potem wstydził się,za to że się spóźnili. 
Oboje najwyraźniej się zmienili.Harry stał się odpowiedzialniejszy i bardziej księżniczkowaty a Clar nierozważna i beznadziejnie naiwna-nie wiem kto wyszedł na tym najlepiej.
Wiem za to kto najgorzej-ja.Nie życzyłabym nikomu by był w mojej skórze,kiedy biegałyśmy po galerii jak wariatki a potem namęczyłyśmy się żeby złapać taksówkę,obładowane ciężkimi siatkami z pampersami i innym niezbędnym do życia dziecka balastem,tak jak gadająca stonoga za pół stówy.Jak na złość wszystkie były zajęte.
Do domu przyszłam o 15;30.Wiem to,bo sprawdzałam,kiedy otworzyłam drzwi frontowe domu.Byłam padnięta i jedynie o czym marzyłam to gorąca kąpiel.
Jednak-co było oczywiście oczywiste-moje plany musiały być zrujnowane.O mało co nie oberwałam szybującą w moja stronę granatową koszulą Zayn'a..Zmarszczyłam brwi,przyglądając się ze zdziwieniem jak moja siostra wpycha  ubrania do torby podróżnej.Co do cholery znowu się stało pod moją nieobecność?
-Czy nie mogę wyjść na chwilę z domu i powitać go ze spokojem,bez twoich szopek przypominających drugą wojnę światową,siostro?-Mój ton był oschły,kiedy z wyraźną dezaprobatą przyglądałam się temu co robi.
Opcje dlaczego robiła to co robiła były dwie.
Albo zwariowała.
Albo się ogarnęła  i pakuje tego gnoja,który nie powinien w ogóle pojawić się w jej życiu.Gdyby się w nim nie zakochała,gdyby poznała jakiegoś dobrego chłopaka...może byłaby szczęśliwa?
Moje wątpliwości zostały rozwiane,kiedy zobaczyłam różową bluzkę na wierzchu torby,która z pewnością nie należała do Zayn'a.Ona nie pakowała jego.
Pakowała cholera siebie.
Co oznaczała,że opcja numer dwa odpada.
Odwróciła się w moją stronę i po raz pierwszy od kilku cichych dni przeplatanych jej płaczem,albo krzykiem do samej siebie-popatrzyła mi w oczy.Poczułam gulę w gardle,której nawet nie próbowałam przełknąć-wiedziałam,że nie będę w stanie tego zrobić. Tak samo jak zapomnieć tego co wdziałam w jej oczach,przekrwionych.wysuszonych od łez i napuchniętych.Pełnych bólu i nienawiści do samej siebie.To było coś tak przerażającego,coś tak smutnego,że aż odebrało mi mowę.Odebrało mi zdolność do jakiegokolwiek ruchu.Chyba nawet nie mrugałam.Otworzyłam lekko usta,jakbym miała zamiar wypowiedzieć przez nie te słowa, które sprawiłyby,że znienawidziłaby mnie na zawsze.Ale nie mogłam.Nie mogłam powiedzieć nic,przez jej wzrok na sobie.
-Nathalie.-Schrypnięty głos przebił powietrze,a ja wydałam z siebie coś na kształt szlochu,który tak bardzo chciał wydostać się z mojego gardła.Chciałam płakać nad nieznajomą stojącą przede mną.
To już nie była moja siostra.To nawet nie był jej cień.Coś w niej umarło,wiedziałam że już nigdy nie będzie taka jak kiedyś.On odebrał cząstkę jej duszy.
A ja mu w tym pomogłam.
-Co si..-Odchrząknęłam coś co było w moim gardle i nie pozwalało mi mówić,po czym uniosłam głowę,patrząc na nią.-Kim ty do cholery jesteś?
Pokręciła głową i usiadła na podłodze podkulając kolana pod klatkę piersiową.Objęła się ramionami,zaczynając nucić jakąś melodię jak w amoku kołysząc się na boki.Nie mogłam się już powstrzymać.Wybuchłam,płakałam jak dziecko,podlatując do jej ciała i biorąc ją w objęcia.Kołysałyśmy się obje.Ja-płacząc nad nią i nad tym do czego doprowadziłam.
Ona-patrząc pustym wzrokiem na ścianę naprzeciwko nas.Wydawała się tak martwa.
-Nie umieraj.-Wyszeptałam ledwo słyszalnie w jej włosy.
Nie sądziłam,że tak właśnie będzie wyglądał koniec.-Nie mogę stracić i ciebie.
Nie odezwała się,więc ponowiłam tulenie jej do siebie,chociaż ona nawet nie reagowała na moje dłonie.Nie wiem ile siedziałyśmy,ale z pewnością długo,bo gdy odsunęła mnie od siebie poczułam jak całe ciało boli mnie z odrętwienia.Spojrzała na mnie,taka blada i bezradna.Taka smutna i żałosna.Niegdyś silna,teraz słaba niczym dziecko.Niezdolna do zregenerowania się w najbliższym czasie,oznajmiła spokojnie.
-Wyjeżdżam.
A potem zabrała walizki i wyszła z domu,tak po prostu bez pożegnania,zostawiając mnie na podłodze z kamienną miną
I to było właśnie  tragiczne i smutne zakończenie.I to na pewno nie było mdłym happy endem.
Pomału słowa Liam'a zaczynały do mnie docierać.
Moje życie to jedna,niekończąca się katastrofa.