piątek, 24 czerwca 2016

Maybe I love You? Rozdział 34.

Otworzyłam powieki,żeby znowu je przymknąć,bo były zbyt ciężkie.Chociaż w sumie nie,wróć.Powieki nie były ciężkie.To ja byłam zbyt słaba,żeby je otworzyć.Mój umysł był kompletnie przyćmiony przez alkohol i nie wiedziałam czemu robiłam to co właśnie robiłam.A potem tylko wsłuchiwałam się w sygnał telefonu,który  miałam aktualnie przyciśnięty do ucha.Tak dla jasności.Zawsze gdy coś waliło się w moim życiu starałam się uczynić je jeszcze bardziej beznadziejnym.Tudzież nie zrobiłam wyjątku dla tego dnia.
-Co tam Green?
Odłożyłam telefon na płytki balkonowe,a potem złapałam zapalniczkę w palce i odpaliłam papierosa.
-Myślałeś kiedyś o śmierci Casianie?
Usłyszałam po drugiej stronie jakiś szum i skrzypienie łóżka co pewnie oznaczało,że na nim usiadł,albo z niego wstał.
-Jesteś pijana,-To nie było pytanie,tylko stwierdzenie.-Och Nathalie co ja z tobą mam.
-Powiedz mi.
Westchnął ciężko.Usłyszałam jak odpala zapalniczką papierosa.Później świst,wypuścił dym z ust.
-Tak.
Tylko tyle,To była jego odpowiedź.Zaciągnęłam się dymem.
-I dlaczego tego nie zrobiłeś?
-Czego?
-No wiesz.-Wzruszyłam ramionami do ciemności.-Czemu ze sobą nie skończyłeś.Mam na myśli,czemu nie popełniłeś samobójstwa? 
Długa chwila milczenia,kolejny buch dymu,kolejne westchnienie.
-Bo to by było za proste.
Zmarszczyłam brwi,a on jakby to wyczuł bo kontynuował.
-Zabiłbym się i co potem? Zostawiłbym matkę i siostry na pastwę Zayna,albo ojca.Nie wybaczyłyby mi tego.
Zbyt mocno zaciągnęłam się szlugiem,bo dym drapał moje gardło zmuszając do kaszlu.To wszystko przez Zayn'a.Zawsze wszystko jest przez Zayna.Wszystkie katastrofy i epidemie.Ten diabeł jest za nie odpowiedzialny,Przynajmniej takie było moje zdanie w tej kwestii.
-Więc żyjesz tylko dla nich? Dla sióstr i matki?-Mój głos był tak schrypnięty,że ledwo mogłam mówić.
-Nie wiem dla kogo żyje.-Odpowiedział.-Ale wiem,że nie żyję dla siebie.
-A ja?
-Co ty?
Wypiłam z gwinta ostatni łyk wina i skrzywiłam się lekko.Chyba wolę burbon.
-Dla kogo ja mam żyć?-Zapytałam jakby samą siebie,ale on to usłyszał.-Matka nie żyje,ojciec,cholera jedna wie,a ona..ona mnie tak po prostu zostawiła.
Mój głos był tak żałosny,że prawie mnie samej było siebie szkoda.Prawie.
-Ona?-Wydawał się zdezorientowany.Nie odpowiedziałam,wpatrywałam się pustym wzrokiem przed siebie,ale on się nie poddawał.-O kim mówisz?
Przełknęłam słodką od wina ślinę i zgryzłam kciuka.
-O niej.-Odpowiedziałam po prostu.-O Lil.
-Kto to Lil?-Szepnął zdziwiony a potem jękną najwyraźniej przypominając sobie odpowiedź na to pytanie.-Aaa,ona.Co znaczy,że cie zostawiła?
Kolejne wzruszenie ramionami.Chyba to stanie się moją ulubioną czynnością.
Chcesz żyć? Wzrusz ramionami.Nie chcesz? Też wzrusz,co ci tam.
-Wyjechała,cholera wie gdzie i z kim.-Uchyliłam wargi,zgniatając żarzący się niedopałek w dłoni i pewnie,gdybym nie była tak pijana odczułabym wielki ból oparzenia.-A może to jest jakiś znak?
-Znak?-Powtórzył spokojnie.Przymknęłam powieki nie mogąc znieś ciemności jaka mnie ogarnęła.
-No wiesz.Skoro nie mam dla kogo żyć,to może czas to zakończyć?-Uśmiechnęłam się jak szaleniec.-Może czas się zabić?
Sama nie wiedziałam czy to co mówiłam było serio.Ale chyba nie.Chyba nie chciałam przestać istnieć.Przynajmniej nie na chwilę obecną.Musiałam jeszcze coś załatwić.Ale on najwyraźniej potraktował to poważnie.
-Co ty pieprzysz?-Usłyszałam kroki i jego głośny oddech kiedy zbiegał prawdopodobnie po schodach zapewne przekonany,że połykam ostatnią tabletkę nasenną,albo wykonuję śmiertelny ruch nożem,który za chwile rozetnie moje żyły.-Mów do mnie dobra? I kurde jeżeli się zabijesz,to przysięgam,że cię uduszę.
Uśmiechnęłam się lekko.
-Papa Cass.-Odłożyłam telefon i zamknęłam oczy.A potem...potem po prostu była ciemność.
Znowu.
Zaczynałam ją lubić.

-Nathalie!-Poczułam mocne uderzenie na prawym policzku.A potem lewym, i próbowałam otworzyć oczy,ale nie udało mi się tego zrobić.A potem lodowata ciecz rozlała się po całym moim ciele a ja wzięłam głęboki wdech do płuc jakbym przed chwila była pod wodą a teraz wydostała się na powierzchnie i złapała potrzebny tlen.Otworzyłam szeroko powieki i ujrzałam przed sobą czarne oczy i tego samego koloru czuprynę.A potem obraz wyostrzył się całkowicie.
-Jesteś skończoną masochistką Green..-Odparł i usiadł na podłodze odkładając miskę,w której była woda.Teraz spływała po mojej twarzy i wsiąkała w ubrania.
Z początku byłam tak zdezorientowana,że nie wiedziałam gdzie jestem,ale potem rozpoznałam bordowy kolor ścian w salonie i znowu spojrzałam na Casiana.Dopiero po minucie dotarło do mnie,że straciłam przytomność a młodszy Malik mnie ocucił.
-Następnym razem,kiedy będziesz próbowała się zabić, zadzwoń do kogoś innego.Przez ciebie sam omal nie zszedłem na zawał.
Parsknęłam sztucznym śmiechem,przecierając mokrą twarz dłonią.
-Zapamiętam.-Odparłam tylko,a potem dodałam.-Nie udawaj,że się przejąłeś.
-Nie,leciałem tu na złamanie karku w środku nocy dla sportu.-Bąknął wytrącony z równowagi i poszedł do kuchni nastawiając wodę na dwie kawy.Spojrzałam na swoje mokre ubrania.Chyba powinnaś się przebrać.

-Czemu zemdlałam?-Zapytałam mocząc ostrożnie usta w parzącej kawie.Czarnowłosy wzruszył ramionami.
-Miałaś problemy z alkoholem.-Powiedział.-A dzisiejsza noc -miałaś zamienia w czas teraźniejszy.
-Och przestań.To było tylko raz.-Machnęłam ręką.-Miałam święte prawo się upić.
-Kłamczucha.-Pokręcił głową upijając kilka łyków kawy.-Obydwoje wiemy jak alkohol uzależnia ludzi.To przez niego rozpadły się nasze rodziny.A ty widząc to wszystko,wiedząc o tym co wiesz,wciąż po niego sięgasz.Przyznaj się.Naprawdę jesteś masochistką.
Wzruszyłam ramionami (a nie mówiłam,że to było fajne?) i okręciłam się na krześle barowym.
-Może jestem,cholera kogo to obchodzi?
-No nie wiem,może na przykład cholera twoją siostrę?-Warknął wyprowadzony z równowagi,odsuwając od siebie pusty kubek po kawie.-Nie pomyślałaś co zrobiłaby gdyby jednak wróciła do domu,gdyby zobaczyła cie na wpół żywą,leżącą na balkonie,bladą jak trup?.Nie zastanawiałoby cię co by się stało gdybym przyjechał za późno?-Pokręcił głową z niedowierzaniem.-Nie oddychałaś przez jakieś piętnaście sekund,rozumiesz? Nie czułem twojego pulsu...czy ty to kurwa rozumiesz?
-Jasne,że tak Cas.Jasne,że to rozumiem.-Pokiwałam powoli głową,chociaż to co powiedział brzmiało w cholerę groźnie.Mogłam umrzeć.Dopiero teraz dotarło do mnie,że otarłam się o śmierć.I to nie pierwszy raz,z resztą-Ale rozumiem też to,co robię z ludźmi.Tak bardzo nienawidzę Zayn'a,tak bardzo nim gardzę,ale tak naprawdę jestem nawet gorsza od niego.-Uchyliłam wargi,jakby zszokowana własnymi słowami.Przez głowę zaczęły mi się przewijać obrazy milionów złych rzeczy jakie robiłam,jak krzywdziłam wszystkich i jak krzywdziłam siebie.Jak ćpałam,jak paliłam trawkę i rzygałam po alkoholu.Jak kilka razy omal przez niego nie umarłam .I jak biłam i groziłam Gabrielli,jak pogrywałam z nauczycielami,miałam w dupie szkołę,jak okłamywałam babcię Helen bo byłam zbyt wielkim tchórzem.I jak zdradzałam moją rodzoną siostrę z jej własnym chłopakiem.I jak bardzo mi się to podobało.
I tak bardzo wszystko do mnie dotarło.
I poczułam,że Cass nie powinien przyjeżdżać.
Bo może tak byłoby lepiej.
Gdybym po prostu to skończyła.
Gdybym po prostu się zabiła.

Moje nogi wydawały się okropnie ciężkie,kiedy unosiłam je z każdym krokiem,ale mimo to szłam,szłam uparcie przed siebie ściskając w pięści łodygę niebieskiej róży,takiej jaką zawsze ode mnie dostawała.Przymknęłam powieki pod wpływem chwilowego bólu jaki zadał mi jej kolec zagłębiając się w mój palec tworząc małą rankę.
-Siemka-Mruknęłam jakby od niechcenia kładąc kwiatka na grób matki.Usiadłam na ławce nie odrywając wzroku od nagrobka.Zerknęłam na krew,która sączyła się z mojego palca,a potem uniosłam go do ust i ubrudziłam krwią dolną wargę,którą zaraz oblizałam.-Chyba należą ci się ode mnie przeprosiny,w końcu dawno tu nie zaglądałam.-Przerwa na oddech.-Wiesz,bardziej lubię gadać z twoim grobem niż z tobą. Jestem mniej irytujący i nie mówi.-Ta informacja zapewne odmieniła los ludzkości.Parsknęłam śmiechem,który w sekundę zamienił się w żałosny szloch.Od kiedy stałam się taką pizdą do diabła? A co jeśli przechodzę jakąś depresję albo coś w tym stylu?O nie! Nie,nie,nie tylko nie depresja,mam dość depresji.Każdy ją ma.Nie chce,nie chce jej.
Chce tylko przestać mieć spieprzone życie.Chce tylko małego,przeciętnego szczęścia.
Co jeśli wymagam za wiele?
Tak,napewno wymagam za wiele.
A szkoda.
 -Jestem kompletnie do dupy wiesz? Nie mam pieprzonego pojęcia co zrobić.Zostawiła mnie,dasz wiarę? Poszła w diabły i..ja nie wiem.-Złapałam się za głowę.-Co ja teraz zrobię? Myślałam,myślałam że to wszystko jakoś inaczej się potoczy.-Pochyliłam się do przodu podpierając łokcie na kolanach.Byłam zrezygnowana.Jak alkoholik,który się upije i ma gdzieś co się teraz stanie.-powiedz mi coś mam zrobić,powiedz mi jak mam żyć.Bo ja już nie daję rady.
Byłam właśnie jak taki alkoholik.
Byłam tym alkoholikiem.
Niebo zapłakało wraz ze mną,kiedy porządnie krzyknęłam chcąc w ten sposób wyładować swoją złość i ból.I choć wiedziałam,że cmentarz nie jest odpowiednim miejscem na krzyki,nie mogłam tego powstrzymać.
 Nie mogłam powstrzymać goryczy,która zalewała moje serce.
Topię się w niej.
Topię się w goryczy,topie się w bólu.
Proszę złap mnie,złap mnie,bo nie chcę żyć.
Powstrzymaj mnie przed nicością.
Powstrzymaj nicość przede mną.
-Nie wszystko idzie po naszej myśli,ale ty chyba doskonale o tym wiesz.-Podskoczyłam jak piłka,przerażona do granic możliwości i wtrącona z mojej chwili zatracenia.Zamrugałam oczami nie mogąc dać wiary w to co właśnie widzę.
W to kogo właśnie widzę.
Byłam pewna,że mam schizę, i to nie byle jaką,ale taką masakrycznie porządną schizę.
Kompletnie nienormalną
Bo właśnie obok mnie ,na cmentarnej ławce siedziała czarnooka kobieta i uśmiechała się do mnie ciepło rozbawiona moją reakcją.
I wszystko byłoby okey gdyby nie to.że kobieta,która właśnie obok mnie siedziała była żywa.
Ale nic nie było okej.I nic teraz nie było dla mnie zrozumiałe.
Bo ta kobieta nie powinna tu być i do mnie mówić.
Nie powinna siedzieć i się uśmiechać,nie powinna cholera ODDYCHAĆ.
Złapałam potrzebny oddech i odzyskałam zdolność mówienia dopiero po kilku minutach.
Ale dlaczego ktoś miałby się dziwić moją reakcją?
W końcu nie codziennie spotykasz swojego zmarłego rodzica.
No nie?
-Witaj Nathalie.
Przełknęłam żółć w gardle.
-Witaj mamo.
 ***
Zmarli wracają do żywych.Uwierzcie w duchy skarby.
Istnieją naprawdę.
Nobody.






3 komentarze:

  1. Kiedy wróci Zayn? I czy w ogóle wróci? Nie moge się doczekać jej rozmowy z matką, to pewnie będzie interesujące :) Rozdział genialny. Kocham to opowiadanie <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział cudowny jak każdy! :* Dodawaj szybko next.

    OdpowiedzUsuń
  3. Trafiłam na Twój blog parę dni temu przypadkiem i się zakochałam 😍 Jest świetny. Wciąga niemiłosiernie. Mam nadzieję, że go dokończysz i nie zrezygnujesz w trakcie, bo to by było SMUTNE I TRAGICZNE. Świetnie piszesz. Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział!

    OdpowiedzUsuń