czwartek, 1 września 2016

Maybe I love You? Rozdział 36.

      ~CLARISSA~
Wsłuchiwała się w słowa rozmówcy,który znajdował się po drugiej stronie słuchawki i gładziła delikatnie duży brzuch.
-Dziękuję,że mi o tym powiedziałeś.-Przemówiła w końcu.-Byłabym wdzięczna gdybyś od czasu do czasu do niej zaglądał.Wiesz jak bezmyślna potrafi być.
-Jasne.-Nie wyczuła w głosie Casiana wahania.Jakby to,że zajmował się jej najlepszą przyjaciółką było rzeczą oczywistą i całkowicie naturalną.Trochę ją to zaskoczyło,mimo wszystko była mu za to wdzięczna.Tak naprawdę nigdy go nie poznała,ale z opowieści Nathalie wywnioskowała,że nie był tak podły jak jego starszy brat.Myśl,że Nathalie ma kogoś oprócz niej  i Niall'a sprawiła,że poczuła się trochę lepiej.
-Dziękuję.-Rozłączyła się nie czekając na odpowiedź.Odłożyła telefon na komodę i przetarła zmęczoną twarz dłonią.Znosiła ciąże wyjątkowo źle,wymiotowała często,praktycznie po każdym posiłku,albo spała,albo leżała  i ta monotania zdawała się wykańczać ją psychicznie.Kiedyś nie mogła usiedzieć w domu,cału czas imprezowała albo po prostu spotykała się ze znajomymi w kawiarniach i klubach.A teraz praktycznie nie wystawiała nosa na świeże powietrze.Na początku było dobrze,jadła normalnie,miała te słono słodkie zachcianki,ale potem jakby jej organizm odpychał wszystko co mu podawała.Gdyby powiedziała,że nowy styl bycia jej pasuje,okłamała by samą siebie.Jednak wiedziała,że jedyną odpowiedzialną osobą jest ona sama.No i Harry,ale jemu nie mogła zarzucić absolutnie niczego.Na początku był zszokowany,ale z czasem stał się odpowiedzialny jak nigdy.Był opiekuńczy,troskliwy,spełniał każdą jej zachciankę,ale to nie zmieniało faktu,że nienawidziła każdego dnia,każdego oddechu.I te wątpliwości;nie była pewna,czy będzie dobrą matką,ba,wiedziała że nie nadaje się do tej roli,ale czemu ktokolwiek miał się temu dziwić? Miała w końcu dopiero 17 lat.Temyśli pojawiały się za każdym razem,kiedy dotykała swojego brzucha.Nie chciała stracić dziecka,już go kochała,ale..no właśnie,zawsze musi być jakieś ale.
Poczuła parę silnych rąk,które oplotły ją w tali i położył dłoń na jej dłoniach-na jej brzuchu,jej dziecku.
Ich dziecku.
Zamknęła na moment powieki,jakby próbowała uciszyć swoje myśli-uśmierzyć niepokój,który gościł w jej sercu od bardzo dawna.Dzisiejsza informacja o Nathalie dołożyła jej dodatkowych zmartwień,a przecież nie mogła się stresować.Przynajmniej tak powiedział jej ginekolog.Nie mogła myśleć jedynie o sobie,kiedyś niszczyła tylko siebie,ale teraz miała pod sercem istotę,która ją potrzebowała i będzie potrzebować przez całe życie.
Na którą nie była gotowa.
-Coś się stało?-Wiedziała,że w pewnym sensie to pytanie było retoryczne,ale i tak pokiwała głową w geście przytaknięcia.Westchnęła ciężko,jakby chciała w ten sposób skomentować wagę sytuacji.
-Nathalie.
To słowo wystarczyło,by Harry wiedział,że coś złego działo się z przyjaciółką jego partnerki.Ucałował jej obojczyk,przemieszczając duże dłonie na lędźwie dziewczyny.
-Co zrobiła?
-Dlaczego sądzisz,że coś zrobiła?
Przymknął na moment powieki,słysząc oskarżenie i wyrzut w jej głosie.Wiedział,że w jej stanie nie powinna się denerwować dlatego próbował złagodzić sytuację.
-Miałem na myśli.-zaczął delikatnie,jakby szukając w głowie słów,które by ją nie rozzłościły.-...co złego jej się przytrafiło?
-Jej siostra wyjechała i zostawiła ją samą,bez wyjaśnienia.A ona znowu pije.-Obróciła głowę,wpatrując się intensywnie w jego oczy.-To znowu się dzieje Harry.Ona znowu się stacza.
-Spokojnie.-Obrócił ją w swoim kierunku,mocno w siebie wtulając.Clar załkała w jego ramię cicho,jakby sama się przed tym powstrzymywała.-Mam do niej pojechać? Zrobię jej zakupy,na pewno ma pustą lodówkę.
Pokręciła głową.
-Casian jest przy niej.
-Kto to Casian?
Machnęła na niego ręką,jakby odtrącała natrętnego owada,jakby dając mu znać że nie ma ochoty na odpowiedź,a on to uszanował.Zapadła długa cisza,którą zagłuszył dźwięk jego telefonu.Przymknął powieki domyślając się kto może do niego dzwonić.No tak,miał dzisiaj ważne spotkanie ze swoim wspólnikiem z Nowego Yorku.Kompletnie wyleciało mu to z głowy.Spiął się lekko.
-Muszę iść.Mam spotkanie,mój wspólnik przyleciał dzisiaj do Londynu,żeby obgadać parę ważnych spraw dotyczących studia.Bardzo mi przykro kochanie,ale muszę zostawić cię na parę godzin samą.
Pociągnęła nosem,kiwając głową w geście zrozumienia.Przecież miał też firmę,pracę,jego marzenia,które ona tak beztrosko zniszczyła.Miała z tego powodu wyrzuty sumienia.Był młody,utalentowany,w Nowym Yorku osiągał tak wielki sukces,a teraz musiał siedzieć z nią w Londynie, póki nie urodzi.Później mieli się wyprowadzić,ale wiedziała że i tak nie będzie jak dawniej.
-Oczywiście.Wracaj szybko.-Pocałował ją delikatnie w usta,na co przymknęła powieki uśmiechając się lekko.Nie minęła minuta,kiedy wyszedł i pozostał po nim jedynie zapach mocnych,drogich perfum.Podeszła do lodówki i wyciągnęła z niej wodę,jedyną rzecz,którą była w stanie przełknąć.Schudła,a jej duży brzuch,był całkowicie nieproporcjonalny do wychudzonego ciała.Jakby przyczepiła do siebie za ciężką piłkę,która przeważała jej wagę.Ale to nie było coś, co mogło uchodzić za dziwne,nie jadła praktycznie całe dnie,jeżeli już były to jakieś sałatki owocowe,które przygotowywał jej Harry.Spojrzała na lodówkę automatycznie wykrzywiając wargi w grymasie obrzydzenia.Była pełna jedzenia od jej matki,a ona ani myślała go dotknąć.Podskoczyła słysząc dzwonek jej telefonu,do którego od razu podbiegła.Zerknęła na wyświetlacz,marszcząc mocno brwi.Numeru nie znała.
-Halo?-Jej głos wydawał się był skrzeczący i obcy,jakby wcale nie należał do niej.-Halo?!
Ale odpowiedziała jej tylko cisza.Zagryzła wargi lekko wkurzona.Wiedziała,że ktoś jest po drugiej stronie słuchawki;słyszała jego oddech,ale nie głos.
-Słuchaj,jeżeli się zaraz nie odezwiesz,rozłączam się.
-Nie zrobisz tego.
Uchyliła lekko oznaczone pomadką usta,łapiąc krótki oddech.Znała ten głos,aż za dobrze.Tej charakterystycznej chrypy nie usłyszała u nikogo innego i z nikim innym nie mogła jej pomylić.Nie mogła jednak uwierzyć,że to właśnie do niej dzwoni.Nie miała też pojęcia,dlaczego to robi,ale mimo wszystko słuchała jego słów.I ani myślała się rozłączyć.Dokładnie jak przewidział.

Sama nie wiedziała,czy postępuje właściwie.Założenie cienkiego swetra i czarnych adidasów-zakluczenie drzwi i zejście po schodach klatki, przyszło jej automatycznie,ale jej nogi  nie za bardzo chciały współpracować,jakby samą siebie powstrzymywała przed tym by iść dalej.Ale było już za późno-przynajmniej tak sobie to tłumaczyła,kiedy zobaczyła go siedzącego na ławce;tej ze złamanym oparciem.Zachowywał się tak jak zawsze-tak jak na niego przystało.Papieros był w jego ustach-tam gdzie zawsze był i jego krucze włosy były wygolone po bokach,a jego nogi były wsunięte w ciężkie czarne buty,w których powinno mu być za gorąco.I ramoneska również była ta sama i ten obojętny wzrok-ten sam,niezmienny.A jednak wydawał się jej być kimś zupełnie innym,a przecież nie wyjechał tak dawno,bynajmniej nie na tyle by mógł się zmienić.Wiedziała,że ma jeszcze szansę się wycofać,w końcu nie zauważył jej,ale mimo to odważnie stawiała kroki w jego stronę,cicho siadając obok niego,jakby nie chciała go spłoszyć.Wiedziała,że ją zauważył,zerknął na nią kątem oka,ale nie odezwał się do niej ani słowem,jakby wcale nie był pewien jej obecności.Ale to nie była prawda,zrobił to bo mu się tak podobało,bo był najważniejszy w tej grze i zdawał sobie z tego sprawę.I nie powiedział nic,co było jak dla niego normalne.Był uparty,chciał żeby to ona pierwsza coś powiedziała,a przecież to on chciał się spotkać z nią,a nie ona z nim.Nie wiedziała czemu milczy,czy to przez to,że chciał jej zrobić na złość,czy przez to że nie wiedział co mógłby jej powiedzieć.Wiedziała jednak,że jeżeli chce opuścić to miejsce trochę szybciej,musi wziąć sprawy w swoje ręce.A więc zrobiła to.
-Wróciłeś.
Niby nic nie znaczące słowo,a podziałało na niego wyjątkowo bardzo.Obrócił głowę w jej stronę gwałtownie i popatrzył na nią jakby jej nie znał.Wyglądał na lekko zagubionego,jakby sam nie mógł uwierzyć że to właśnie zrobił.Że wrócił.
-Dlaczego?-Nie wydawał się skory do rozmowy,jednak jego wzrok mówił sam za siebie.Jakby samym spojrzeniem odpowiadał na jej pytania.Nie był taki jak dawniej,wrócił po niedługim czasie odmieniony,jednak nie wiedziała co dokładnie go tak zmieniło.Jego zagubiony wzrok i drżące dłonie,które ściskały papierosa sprawiały,że był dla niej obcy.Taki inny i zadziwiająco...ludzki.
-Czemu zadajesz pytania,na które sam nie znam odpowiedzi?-Głos miał schrypnięty,jakby wypalił paczkę mocnych papierosów,ale nie była do końca pewna czy w tej kwestii dużo się pomyliła.Palił kiedy chciał się rozluźnić,kiedy był zdenerwowany,wściekły,zestresowany,kiedy miał dobry humor i kiedy mu się nudziło.Palił praktycznie zawsze i ciągle.
-A co jeśli ja znam na nie odpowiedź?-Zapytała,a jej głos brzmiał złośliwie,jakby stawiała mu jakieś wyzwanie.-A co jeśli odpowiedzią na twoje pytanie jest niska,farbowana brunetka,alkoholiczka,nałogowa palaczka mająca najbardziej czerwony przycisk samo destrukcji na tej planecie? Która prawdopodobnie teraz upija się jakąś w cholerę drogą whisky,którą wyposażyłeś barek w domu jej siostry.Pomyśl Zayn.
Jego wyraz twarzy zmienił się diametralnie.I znowu ta maska chłodnej obojętności i nic poza nią.Na nowo stawał się kamieniem,którego nic nie ruszy,potworem nie znającym słowa empatia.
A przecież nie chciał taki być.
Jego ojciec był taki i został sam.I wiecznie uciekał,wiecznie się bał.Nie znosił myśli,że pomału zamienia się w jego marną kopię.A przecież nie chciał być taki jak on.Nie chciał być sam.Nie chciał się bać.
Ale nie chciał też kochać.
Nie potrzebował tego uczucia.Nigdy nie wydawało mu się za specjalnie potrzebne.Ludzie zakochani byli dla niego żałośnie słabi.A on nie chciał być słaby.Siła i równowaga to wszystko co mu zostało.Jak mógł tak po prostu pozwolić,by hamulce które do tej pory tak bardzo zaciągał,puściły? 
Był przyzwyczajony do tego,że to jego kochały,to jego wielbiły i pragnęły go dotykać,patrzeć na to jak śpi i jak wstaje i jak pali.I chciały mieć go tylko dla siebie i dotykać jego skóry,która dla nich była złotem.Był dla nich bogiem.Nie mógł wyobrazić sobie myśli,że to on stara się o kogoś,pragnie kogoś dłużej niż kilka tygodni.To było dla niego niepojęte.Absurdalne.Jak ktoś taki jak on mógłby poniżać się przed...kobietą? Uwielbiał to,że miał każdą na skinięcie palca.
Więc dlaczego czuł się tym znudzony? Dlaczego miał dość już tych wszystkich przelotnych łóżkowych historyjek?
Patrzyła na to jak chłodnym spojrzeniem obdarza każdego przechodnia,jak skupia wzrok na ławkach i drzewach,jakby chciał patrzyć wszędzie tylko nie na nią.Jakby widział w niej prawdę,której nie chciał dostrzec.Był dobrym,piekielnie inteligentnym obserwatorem.Widział wszystko,mógł odczytać każdego kogo chciał.Ludzka psychika była dla niego całkowicie odgadniona.
Rozpoznawał uczucia innych,ale nie umiał rozpoznać własnych.A może nie chciał? Sam tego nie wiedział.
-Kochacie się i wzajemnie niszczycie.Powiedz mi,jak można całe życie uciekać przed miłością?-Delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu,jakby nie chciała żeby się rozpadł.Nie zareagował na ten gest w żaden sposób,jego twarz pozostała niewzruszona,kamienna i skupiona.I wciąż nie patrzył w jej stronę.-Nie uciekniesz przed tym.Chyba,że chcesz być nieszczęśliwy do śmierci.
Zgryzł mocno wargę,tak że zrobiła się biała.
-Może tak byłoby łatwiej?
-A czy teraz jest ci łatwiej?
Jej pytanie nie uzyskało odpowiedzi.Zacisnęła mocno szczęki.Był chyba najtrudniejszym rozmówcą z jakim miała do czynienia.Dała mu chwilę na poukładanie myśli w nadziei,że jej odpowie.To się jednak nie stało.
-Wiesz,Lil wyjechała.-Zaczęła naturalnym głosem,ale on nawet nie drgnął.-Zostawiła ją samą.Ona nie ma już nikogo Zayn rozumiesz?
Rozumiał jak nikt,bo mimo tego,że nie był sierotą przez całe życie był sam.Nigdy tak naprawdę nie poznał czułości,jego życie opierało się na dzikości i niebezpieczeństwie,wychował się w świecie egoistów,którym sam się stał,bo tylko tak mógł przetrwać.Dziewczyny go zaspokajały,pieniądze wykorzystywał na picie,motory i samochody.Czasem wysyłał je też rodzinie.Na tym polegał jego świat,tym zawsze żył i to mu wystarczało.Aż do teraz.Bo właśnie teraz był ten moment,w którym poczuł się naprawdę sam,poczuł, że nic tak naprawdę nie zrobił przez całe swoje życie prócz niszczenia innych osób i samego siebie.A przecież ona mogła mu to dać.Przy niej czuł coś więcej niż tylko pożądanie.
A nie była idealna,znał przecież piękniejsze,bogatsze,które dałyby mu cokolwiek zechciał,gdyby tylko o to poprosił.
A ona piła,paliła i ćpała.Potrafiła kilka dni z rzędu przeżyć na porządnym kacu.Nie dbała o to czy się niszczy,czy umrze dzisiaj albo jutro.Żyła chwilą.Była nieodpowiedzialna,mroczna,sarkastyczna,dzika,egoistyczna.Pełna wad,całkowicie pustych zalet.
I tak bardzo przypominała mu jego samego.Tego,którego tak bardzo nienawidził.Ilekroć spojrzał w lustro.Ilekroć otworzyć usta,by zaczerpnąć oddech.Nie miał prawa egzystencji.
Dlaczego więc nie próbował dopuścić jej do siebie?
Tego nie wiedział,może bał się zniszczyć ją jeszcze bardziej.Sama siebie niszczyła,gdyby miał jej w tym pomóc nic by z niej nie zostało.
Ale przecież nie musiał jej niszczyć.Mógł pomóc jej wstać,mógł ją stworzyć od nowa.
Ona też mogłaby mu pomóc.Budowali by siebie nawzajem.Wiedział jednak,że to nie będzie takie proste.Bo oni nie byli tacy jak każdy,oni się kłócili,obrażali i robili sobie na złość.Nie mógł sobie wyobrazić,że mogłoby być inaczej.
-Co mam zrobić?-Wyszeptał tak cicho,że był niemal pewny,że go nie usłyszała.Nie było to wbrew pozorom pytanie zadane brunetce obok.Zadał je samemu sobie,swojej podświadomości i swojemu sercu,które dopiero teraz dało znak że istnieje.
Ale to Clarissa mu na nie odpowiedziała.
-Kochaj ją.
Dopiero teraz na nią spojrzał.I znowu do jego spojrzenia wkradło się coś prócz obojętności i znowu pokazał swoją słabość.
-Nie wiem czy potrafię.
-Potrafisz.-Zaskoczyła go pewność w jej głosie.Bo ona naprawdę wierzyła w to,że jest dobry.Nathalie też kiedyś w to wierzyła.Ale wydało mu się,że przestała.
Bo jeżeli przestała wierzyć w samą siebie,jak miała wierzyć w jego,tego który skrzywdził ją i jej siostrę ,który ją obrażał i upokarzał,zdradzał i traktował w tak okrutny sposób? Sam by siebie nie kochał,gdyby był kimś innym.
Chciał wydusić coś w odpowiedzi,ale gdy uchylił lekko usta. Clar zaczęła nienaturalnie głośno oddychać,łapiąc się za brzuch,a na jej skroniach pojawiły się kropelki potu.Uniósł brwi wiedząc już,że dzieje się coś bardzo bardzo bardzo złego.
-Wody...
-Wody?-Patrzył na nią lekko zdziwiony nagłym obrotem spraw.Wzruszył leniwie ramionami.-Nie mam przy sobie.
-Wody... mi odeszły...-Był tak zaskoczony,że nie rozumiał co do niego mówiła.Patrzył to na nią,to na jej brzuch w lekkim osłupieniu.-Rodzę idioto!
Zawyła w końcu i krzyknęła gardłowo.Mimo wczesnej pory w parku było tylko kilka osób,ale nikt nie był zainteresowany tym co robiła.Wręcz przeciwnie-udawali,że nic nie widzą,albo ulatniali się jak najszybciej.Cholerni ignoranci,pomyślała oddychając przez usta.Wyjęła telefon i podała go Zaynowi przymykając powieki na chwilę.Boże,w tamtej chwili naprawdę myślała że umrze.
-Zadzwoń do Harrego.
Nie miał  zamiaru pytać kto to Harry-a nawet jeśli,wydawało się to być najmniej ważne w tym momencie.Przeklął głośno,próbując po raz czwarty się do niego dodzwonić,ale Harry-kimkolwiek był,nie odbierał.
-Dzwonie po karetkę.
-Nie! Nie zdążą!-Krzyczała głośno.Sytuacja nie było komfortowa,a on zadawał sobie w głowie jedne i te same pytania.
Czemu teraz,czemu tutaj i najważniejsze-czemu on?
Nikt jednak nie wydawał się skory do odpowiedzi,a Clar była coraz bardziej rozjuszona i oddychała coraz głośniej.Bał się,że urodzi na jego oczach,jeżeli to w ogóle możliwe w tak krótkim czasie.Chyba nigdy w życiu nie czuł takiej mieszanki strachu i wściekłości jak teraz.Podrapał się po karku.To nie mogło dziać się naprawdę.
-Musisz zawieźć mnie do szpitala.
-Wybacz słonko,ale mój samochód jest za drogi,żebyś mogła w nim rodzić.
Ta odpowiedź sprawiła,że popatrzyła na niego oburzona i tak wściekła,że wszystkie żyły wyszły jej na wierzch.Jak mógł teraz myśleć o sobie? Ona do cholery właśnie rodziła,a on zastanawiał się tylko jaki los podzieli jego tapicerka.Co za skończony palant!
-Zayn! Ja rodzę!-Krzyknęła,jakby chciały mu o tym przypomnieć,ale on doskonale zdawał sobie z tego sprawę.Aż za dobrze.
Westchnął.przebiegając dłonią po włosach w geście frustracji.Przeklinał swoje chrzanione szczęście.Z pewnością to była jakiegoś rodzaju kara za grzechy.Właśnie tak to sobie tłumaczył,kiedy objął czarnowłosą w talii pomagając jej podnieść się z ławki.
-A niech to.-Pokręcił głową,gdy stawiali małe kroki w kierunku jego czarnego,błyszczącego,nowego audi.-Mam za dobre serce.
-Kłóciłabym się.-Wysyczała przez zęby a potem z jej gardła wydobył się głośny krzyk.Nie znał się za bardzo na rodzeniu,ale wyglądało bardziej niż boleśnie i nie zazdrościł Clar.Ale to właśnie sobie w tej chwili  współczuł najbardziej.Popchnął ją lekko na fotel pasażera,a brunetka posłała mu ostre spojrzenie.
-Ostrożnie do cholery!-Zatrzasnął mocno drzwi auta,już po chwili tego żałując.Nie powinien być wobec niego taki nieostrożny,kosztował go kupę kasy.
Z resztą,o co on się do cholery martwił? Za chwilę w jego samochodzie-nowym samochodzie nawiasem mówiąc-urodzi się jakiś dzieciak.Drzwi doprawdy były najmniejszym problemem w tej sytuacji. Kiedy zasiadł za kierownicą i przekręcił kluczyk w stacyjce Clar wciąż krzyczała na niego jak bardzo egoistyczny jest i gdyby nie to,że tak długo się zastanawiał,już dawno byliby w szpitalu,a ona i jej dziecko mieliby fachową opiekę.Nie mógł już znieść jej krzyków,dlatego posłał jej ostre spojrzenie po czym stwierdził spokojnie:
-Wy baby,nawet jak rodzicie nie potraficie się zamknąć.-I skręcił gwałtownie.Za gwałtownie.Clarissa spojrzała na niego ze złością,kiedy uderzyła ciałem o drzwi, na chwilę zapominając o głębokich oddechach.
-Pozabijasz nas!-Stwierdziła,patrząc na licznik z przerażeniem.Mogło się wydawać,że gałki wyskoczą jej z oczodołów,tak bardzo je wytrzeszczyła.
- Wolę nas zabić,niż płacić kolejny raz za skórzaną tapicerkę..-Machnął ręką.
Zignorowała jego słowa i zbolały wzrok przeniosła na brzuch, skupiając się na oddechach.
-Boże,przecież to nie miało być dzisiaj,termin był za dwa tygodnie,.
-Niespodzianka,niespodzianka.-Wysyczał sarkastycznie zaciskając dłonie na kierownicy.Doprawdy dzieciak miał idealne wyczucie czasu.Że też dzisiaj,że też teraz.Cholera!
-Cholera!-Ryknął wyprzedzając ciężarówkę i z całej siły uderzył dłońmi o kierownicę.To nie był jego dzień.
-Zaraz zemdleję.-Oj tak,też chciałby sobie  zemdleć,ale obawiał się że wtedy naprawdę nie przeżyliby tej marnej przejażdżki.On przeklinał co chwile pod nosem,a ona krzyczała jak opętana,czuł się jak w jakimś bardzo bardzo złym koszmarze i jedyne czego pragnął to po prostu się obudzić.
Chyba jeszcze nigdy nie czuł takiego szczęścia,jak w chwili,w której zaparkował przed szpitalem.Wypadł z samochodu jak torpeda,prawie natychmiast wyciągając z niej dziewczynę i bynajmniej nie chodziło tu o jej dziecko.Potem wszystko działo się szybko,kiedy Clar nawrzeszczała na grubą recepcjonistkę,która niczym się nie przejmując,leniwie szukała jej danych oraz doktora prowadzącego w komputerze-zleciało się stado pielęgniarek,które natychmiast wzięły ją pod swoje skrzydła,ku ogromnej uldze bruneta,który puścił ją od razu.Kiedy zniknęły w jednej z sal,jego zagubiony wzrok spoczął na grubej,wciąż znudzonej recepcjonistce i dopiero wtedy dotarło do niego co się naprawdę stało.Przedtem wydawało mu się,że śni.Ale to nie był sen, a jedynie koszmar.
Upragniona cisza była tym czego potrzebował-tak samo jak papierosa,którego już po chwili odpalił z nieukrywaną ulgą.
Wiedział co teraz będzie musiał zrobić i kogo powiadomić o porodzie Clarissy i wcale mu się to nie podobało.Inaczej-bał się tego,był pełen negatywnych uczuć i po raz pierwszy w życiu czuł coś tak bardzo ludzkiego i tak bardzo do niego niepodobnego.Cysty,niczym niezmącony strach.Kiedy skończył palić,wymacał telefon w swojej kieszeni i przystawił go do ucha czekając na sygnał.
Po raz pierwszy nie miał cholernego pojęcia co powiedzieć.
I autentycznie się stresował,jak jakiś cholerny dzieciak przed pierwszą randką.
Kiedy odebrała przełknął głośno ślinę i powiedział
-Cześć Nathalie.
A to nie było mądre,z czego doskonale zdawał sobie sprawę.
I spodziewał się wszystkiego,że na niego nakrzyczy,albo z niego zadrwi,albo wyrzuci mu to jakim potworem jest,że odzywa się dopiero teraz i to jeszcze tak obcesowo,jakby nic się nie stało.
A ona nie zrobiła nic.
Tylko się rozłączyła.

NIESPODZIEWANA niespodzianka :D
Dzisiaj dla przypomnienia 1 września,kto się cieszy wraz ze mną? xD
Do zobaczenia kiedyś tam,trzymajcie się ciepło i nie uczcie się za dużo
Narka!

4 komentarze:

  1. Nareszcie rodzi ! Obstawiam chłopaczka ^^
    W której klasie teraz jesteś?
    Czekam na next <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeny, kocham Twój styl pisania. To w jaki sposób opisywałaś Zayna i to co czuje podczas tej rozmowy w parku jest niesamowite. Masz talent dziewczyno ;)
    Mam nadzieję, że kolejny rozdział pojawi się już niedługo. Weny! ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Drogi czytelniku... Wpadnij też do mnie!!!
    Masz ochotę na parę dobrych fanfiction? Może chcesz poznać różne opinie na tematy, które cię intrygują? Chcesz przeczytać parę ciekawostek o niczym? Czy potrzebujesz rady od osoby, która żyje w tym samym świecie co ty - w świecie nastolatków... Jeżeli tak, to mój blog jest właśnie dla ciebie :)
    http://inthemirroreveryday16.blogspot.com/
    Zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń