piątek, 29 lipca 2016

Maybe I love You? Rozdział 35.

W życiu było mało chwil podczas których naprawdę straciłam głos,albo moje myślenie kompletnie się wyłączyło i nie miałam zielonego pojęcia co mogłabym powiedzieć.Zwykle waliłam jakieś pozbawione sensu zdania albo słowa,które jeszcze bardziej komplikowały sytuację i wpędzały mnie w jeszcze większe kłopoty.
Ale je mówiłam.Zawsze coś mówiłam.Cokolwiek.
A teraz nie mogłam.
Ot tak.To tak jakby Bóg się rozmyślił i nagle postanowił zrobić ze mnie niemowę.Albo jakby ogryzek z jabłka utknął w moim gardle.
I nie mogłam wypowiedzieć ani słowa.
Ani małego słowa.
Mogłam za to patrzeć.
Patrzeć na spokojną twarz mojej zmarłej,lub jak się teraz okazuje-nie do końca zmarłej matki.
Była taka jaką ją zapamiętałam.Miała lekko zniszczoną ,bardzo bladą cerę z licznymi piegami na nosie i policzkach,kształtne usta,których niestety po niej nie odziedziczyłam.
I oczy.
Czarne oczy.
Ja miałam inne.Moje były jak ocean karmelu lub mlecznej czekolady,a jej przypominały czarne tunele.
I były piękne.
Mama była ładna,ale tata ją zniszczył.I nie mówię tylko o psychice.Fizycznie też wydawała się zniszczona.
Jednak wciąż dla mnie idealna.
A tak chciałam ją nienawidzić.
Chyba tak po prostu jest z niektórymi ludźmi.Starasz się ich nienawidzić,usunąć z pamięci.Starasz się udawać,że nigdy nie istnieli,że nic dla ciebie nie znaczyli.Ale prawda jest zupełnie inna.
Prawdą jest to,że najbardziej chcesz zapomnieć ludzi,którzy znaczyli dla ciebie więcej niż ty sam.
Nie byłam nawet na jej pogrzebie.
Chciałam zapytać czy ma mi to za złe,ale chyba byłam zbyt wielkim tchórzem.
Albo naprawdę straciłam głos.
Albo jedno i drugie.
-Miło cię znowu zobaczyć.-Powiedziała zachrypniętym głosem.Jej głos też lubiłam.Ale był tak odległy, jakbym słuchała go przez grubą szybę.I nie mogłam dokładnie przypomnieć sobie jego brzmienia.-Zmieniłaś się.
-A ty nie.-Moja natura przezwyciężyła zdumienie i przerażenie.Przebiła się przez grube mury mojej wrażliwości i czułości.A z resztą,nie oszukujmy się,te mury nie były aż tak grube.
Nie byłam ani wrażliwa ani za specjalnie czuła.
Byłam za to bardzo zdezorientowana.
Bo ona do cholery naprawdę tu była.
Moja ZMARŁA matka.
-Chyba nie jesteś zbyt szczęśliwa Nathalie.
Odwróciłam od niej wzrok i skupiłam go na jej grobie.Jej ciało leżało parę stóp pod nami w trumnie,którą kupiła moja siostra.I nawet nie wiem skąd wzięła na nią pieniądze.
I na grób też.
Cholera,dopiero teraz zdałam sobie sprawę jaką ignorantką jestem.
-Nie.
-Dlaczego jesteś nieszczęśliwa?
Dlaczego?
Chyba sama nie znałam odpowiedzi na to pytanie.
Nie znałam jednej odpowiedzi,za to znałam ich mnóstwo.
Jestem nieszczęśliwa bo jestem uzależniona od alkoholu i papierosów.
Jestem nieszczęśliwa bo nie mam rodziców.Nigdy ich tak naprawdę nie miałam.Nawet wtedy kiedy żyli.
Jestem nieszczęśliwa bo moja siostra mnie zostawiła.
Jestem nieszczęśliwa bo jej potrzebuję.
Jestem nieszczęśliwa,bo ją okłamuję.
Jestem nieszczęśliwa,bo ją zdradziłam.
Jestem nieszczęśliwa bo kocham Zayna.
Jestem nieszczęśliwa bo ta miłość sprawia,że jestem nieszczęśliwa.
Jestem nieszczęśliwa bo nie umiem pożegnać najważniejszych osób w moim życiu.
Jestem nieszczęśliwa,bo ciągle ranie moich bliskich.
Jestem nieszczęśliwa bo nie radzę sobie sama ze sobą
Jestem nieszczęśliwa,bo jestem sama.
I zawsze będę.
Jestem nieszczęśliwa,bo jestem nieszczęśliwa,a chciałabym choć raz zaznać prawdziwego,czystego szczęścia.
-Nie wiem.-Mówię,zagrzebując moje myśli głęboko pod dywan.
Bo to jest to,co zawsze robię.
-Powiedz mi proszę.-Objęła mnie ramieniem a ja się wzdrygnęłam,bo to było realne.-Obiecuję nikomu nie wygadać.Chociaż w sumie to byłoby trudne nie sądzisz? Zmarli nie obgadują.
Ten nieśmieszny żart sprawił,że zaśmiałyśmy się cicho.
A mój śmiech w kilka sekund zamienił się w żałosny szloch.
-Nie chcę tak żyć mamo.-Pokręciłam mocno głową,zaciskając powieki.A łzy nie przestały płynąć po moich rumianych policzkach.Mamo.To słowo smakowało w moich ustach tak dziwnie.Cholernie.To pewnie dlatego,że tak rzadko go używałam.-Jestem kompletnie sama.W czarnej dziurze.Wszystkim byłoby lepiej beze mnie.Lil byłoby beze mnie lepiej.
Przytuliła mnie do siebie,ale nie odczuwałam ciepła jej ciała.
-Nie gadaj głupot Nathalie.-Wyszeptała do mojego ucha,ale jej oddech nie odbił się od mojej skóry.Nie poczułam nic.Jakby była duchem.Była niczym.Ja byłam niczym w porównaniu do całego wszechświata.-Zagubiłaś się,każdemu się zdarza.
-Mi zdarza się to całe życie.-Pociągnęłam cicho nosem.Byłam żałosna,zachowywałam się żałośnie,ale przez całe życie miałam w sobie taką pustkę,która w rzeczywistości pustką nie była.Musiałam opróżnić moją pustkę.Musiałam ją z siebie wyrzucić.Teraz byłam pusta naprawdę.
-Może masz rację.-Stwierdziła po dłuższej chwili na co zerknęłam na nią przelotnie.-Ale mimo tego jak bardzo ją niszczysz ona wciąż cię kocha.Jeszcze nie zrozumiałaś Nathalie? Jesteś dla niej najważniejsza.-Powiedziała.-Niezależnie od tego co zrobisz,jak bardzo ją skrzywdzisz,jak bardzo się upijesz- ona zawsze będzie do ciebie wracać i cię kochać.I choćbyś na nią napluła ona wciąż będzie twoją rodziną,twoją krwią,twoją siostrą.I twoją nadzieją na lepsze życie.Zawsze.
Przełknęłam gorzką ślinę i przyłożyłam palec do strupka na ustach.
-A co z Zaynem?-Mój głos był jakby obcy,brzmiał dziwacznie i nienaturalnie drżał.To było smutne.Bo przewidziałam to,że kiedy zacznę użalać się nad sobą,nie przestanę.Nie będę mogła.Bo kiedy po policzku spłynie jedna łza-jedno złe wspomnienie,zaraz po niej przyjdą kolejne.Bo złych wspomnień miałam w nadmiarze.-Chyba go kocham.
-Oczywiście,że go kochasz.-Odparowała bez chwili zastanowienia.I brzmiała tak pewnie,że aż się zdziwiłam.Ostrze w moim sercu zaczęło pomału z niego wychodzić.To pewnie dlatego czułam tak dotkliwy ból w tym miejscu.I to także było smutne,zważywszy na to ,że stosunkowo niedawno odkryłam że naprawdę mam ten narząd.-Ale ta miłość nie jest dobra.Ta miłość należy do tych złych.Taką samą darzyłam twojego ojca.
Wzdrygnęłam się na wzmiankę o nim.Nie widziałam go od czasu,kiedy kazałam mu się wynosić z mojego życia.Posłuchał z czego byłam zadowolona.Nie potrzebowałam go.Miałam Lil.
Kiedyś.
Pytanie czy nadal ją mam.
-Więc co mam z nią zrobić?
-Dlaczego pytasz o to mnie?-Odwróciła twarz w moim kierunku.-Ja nie wiem co czujesz.
-Kocham go.Ale nie wiem co mam z tym zrobić.-Podrapałam się mocno po policzku.-Powinnam o nim zapomnieć.Powinnam wyrzucić go z mojego życia.
-Nie da się zapomnieć o kimś do kogo należy twoje serce Nathalie.-Skarciła mnie.-Im bardziej będziesz się starać,tym marniejsze skutki odniesiesz.
-Więc co? On powie Lil o wszystkim prędzej czy później to zrobi.Wiem to.
-Nie zrobi tego.-Spojrzałam na nią jawnie zdziwiona.-Ty to zrobisz.
-Niby czemu miałabym to zrobić? Kłamałam przez całe życie tak dużo razy,że ten jeden nie zrobi mi większej różnicy.-Stwierdziłam nonszalancko,wzruszając ramionami.-I tak pójdę do piekła.
-W takim razie poczekam tam na ciebie.-Kiwnęła głową uśmiechając się pod nosem.Na jej stwierdzenie ciarki przeszły mnie wzdłuż kręgosłupa.-Pamiętaj jednak,że niezależnie od tego co zrobisz ona będzie cię kochać.Sama sprawiasz,że twoje życie jest skomplikowane.
-To tyle mamusiu? Żadnej rady na przyszłość,pouczającego monologu,czegokolwiek?
-Nie wiem czemu,ale wydaje mi się że nie potrzebujesz rad człowieka takiego jak ja.-Chciałam jej powiedzieć,że wbrew pozorom nie jesteśmy tak bardzo różne.Że ja też jestem kłamcą i egoistką i też mam problemy z alkoholem.Jednak nie zdołałam wypowiedzieć głośno moich myśli,gdyż sama doszłam do tego parę chwil temu.-A teraz czas się obudzić.
Spojrzałam na nią lekko zdziwiona nieoczekiwanym zwrotem wydarzeń.
-Co?
-Obudź się  Nathalie.-Złapała mnie gwałtownie za ramiona a ja nabrałam głębokiego oddechu do płuc całkowicie zdezorientowana.-Obudź się.Green.Green!
-GREEN!-Moje oczy otworzyły się tak szeroko,a usta próbowały złapać potrzebny tlen i dostarczyć go płucom.Przeniosłam zagubiony wzrok na sylwetkę Casiana.Przez kilka chwil nie wiedziałam co się dzieje.Rozglądałam się po pokoju.Nie po cmentarzu w którym byłam jeszcze przed chwilą.A w głowie miałam jedną myśl,która nie mogła do mnie dotrzeć.
To nie było prawdziwe.To nie było prawdziwe.ONA nie była prawdziwa.
Nie potrafiłam określić co czułam.Nie byłam rozczarowana,nie byłam też szczęśliwa.Podświadomie,gdzieś tam bardzo bardzo głęboko w zakamarkach umysłu schowała się tęsknota za matczynią miłością.Niezależnie od tego jak bardzo patologiczna była moja rodzina-była nią.I koniec kropka.
-Słodki Jezu.-Wychrypiałam w końcu.Moje gardło było wysuszone i domagało się wody a tył głowy bolał mnie niemiłosiernie,ból był okropny-niemal nie do zniesienia.Skrzywiłam się mocno wracając do rzeczywistości.Ból całkowicie sprowadził mnie na ziemię i wyrywał z osłupienia.Kac całkowicie sprowadził mnie na ziemię.Tak samo jak twarz mocno zirytowanego diabła stojącego nade mną.
-Przestać zachowywać się jak niedorozwinięta i ruszaj dupę bo zaraz osobiście zaniosę cię do łazienki.
Zmarszczyłam mocno czoło przesuwając szorstkimi dłońmi po policzkach.Byłam okropnie zmęczona,a przecież przed chwilą się obudziłam.
-Co?
-Ach,czyli ty nie udajesz.Naprawdę jesteś głupia.-Palną wpatrując się w sufit.-Wstawaj,nie mamy czasu.
-O co ci chodzi Cass?-Nie wiedziałam skąd się tu wziął,zapomniałam co działo się dzisiejszej..albo wczorajszej nocy.Dopiero później uzmysłowiłam sobie,że leżę na bardzo niewygodnej kanapie w moim salonie a noc była stosunkowo niedawno bo zaledwie parę godzin temu.Nie mogłam sobie jednak dokładnie przypomnieć co czarnowłosy tu robi.Pamiętam jedynie whisky,fajki,wshisky i...telefon! Telefon do Cass'a po pijaku. Tak!
Tylko..co on tu dalej robił? Myślałam że wyszedł jak zalana w trupa zemdlałam na kanapie.
Ja bym tak zrobiła.
I on z pewnością też tak zrobił.
Ale wrócił.
Po co?
Jego głośne mlaśnięcie wyrwało mnie z otępienia.Zerknęłam na niego szybko.
-Powiedz mi Green,jesteś głucha?
Pokręciłam głową.
-To może naćpana?
Ponowiłam czynnością, nie wiedząc do czego zmierza.
-A może jesteś niespełna rozumu i tracisz kontakt z rzeczywistością?
Po raz kolejny: nie.
-Więc jeśli jesteś zdrowa umysłowo i trzeźwa, czemu nie rozumiesz co do ciebie mówię?-Złapał mnie za ramiona i niezbyt delikatnie postawił do pionu.Zachwiałam się lekko.-Won do łazienki,załóż jakąś kieckę zakryj białą twarz tapetą i spieprzamy stąd.Nie dziwię się czemu Zayn uciekł,też bym długo z tobą nie wytrzymał.Potrafisz doprowadzić do szału nawet tak opanowanego człowieka jak ja...
-Ale gdzie ty chcesz iść?-Przerwałam mu,a on posłał mi zdegustowane spojrzenie.
-Jak to gdzie? Na imprezę,nie widzisz jak jestem ubrany? Koszula idealna do zarzygania!-Wskazał kciukiem na swoje ubranie a ja przyjrzałam mu się dokładniej.Co dziwne był ubrany wyjątkowo elegancko,miał na sobie białą koszulę ,luźno związany czarny krawat i spodnie od garnituru.I wyglądał niepoprawnie dobrze.I zdecydowanie nie wyglądał jakby szedł na imprezę.-Dobrze,powiem ci bo widzę że jesteś dzisiaj wyjątkowo rozleziona.Jak zapewne wiesz wielkimi krokami zbliża się zakończenie roku szkolnego.I dziwnym trafem-dla przypomnienia-jest ono właśnie dzisiaj.W ten piękny,słoneczny skacowany poranek.Ja-jako twój świeżo upieczony.nowy najlepszy przyjaciel,postanowiłem,że przyjdę po ciebie i pomogę ci z wyborem sukienki,ewentualnie potrzebnych dodatków.Normalna dziewczyna latałaby  z rajstopami na głowie od piątej nad ranem,ale ty jak zdążyłem zauważyć- do normalnych nie należysz.Zamiast się szykować, spałaś jak kamień,nie mogłem cię dobudzić.A teraz,kiedy wreszcie mi się to udało ty nie masz pojęcia, że żyjesz.-Nabrał powietrza do płuc,bo tlen skończył mu się przez nagły słowotok,a ja spojrzałam na niego szczerze zadziwiona.
Naprawdę zapomniałam,że jest koniec roku szkolnego?
Kto normalny jest do tego zdolny?
Nie jesteś normalna.
-Green spieprzaj do łazienki sie ogarnąć,bo ktoś musi odebrał twoje świadectwo ukończenia klasy.Swoją drogą.Jakim cudem w ogóle zdałaś?
Nie słuchałam go,pobiegłam szybko do pokoju nie patrząc nawet ile czasu mi zostało.I tak byłam pewna,że się spóźnimy.
Cudownie lodowata woda, zdawała się działać kojąco na mój wykończony organizm.Po prysznicu czułam się jak nowo narodzona.Świeża i zdolna do logicznego myślenia wycierałam mokre ciało ręcznikiem wpatrując się w lustro.Miałam odrosty na włosach,ale nie miałam pojęcia kiedy będę miała ochotę pójść do fryzjera.Ale to nie włosy były moim głównym problemem,a całokształt.Szczególnie sińce pod oczami i chorobliwie biała twarz.Dotknęłam dłońmi  ramion i aż podskoczyłam widząc na biodrze ślad dłoni.
Jego dłoni.
Niepewnie biorąc drżący oddech do ust-przyłożyłam do niej swoją dłoń,tak delikatnie jakbym bała się że parzy.Kreśliłam małe kółka w tym miejscu,delikatnie mimo,że ślad ukośnik znamię,ukośnik jakieś inne gówno jak to-nie bolało.Nie wiedziałam jak wielka jest jego dłoń, puki nie zobaczyłam jej odcisku na wystającej kości mojego biodra.Szybko zabrałam rękę.Wypuściłam nadmiar powietrza z ust wciągając na siebie bieliznę, a potem czarną sukienkę.Zapowiadał się długi dzień.

Wygładziłam materiał sukienki na kolanie i wypuściłam z ust nadmiar powietrza.
-Wyglądasz wyjątkowo nieźle,jak na osobę która czuję się jak gówno.
-Skąd wiesz jak się czuje?
-Bo wyglądasz jak gówno.
Prychnęłam pogardliwie,przeczesując grzywkę palcami.
-Dzięki,tak w ogóle.
Wydawał się zdezorientowany.Poluźnił krawat na szyi jeszcze bardziej.
-Za co?
-Za wszystko.-Wzruszyłam ramionami.-Gdyby nie ty,nie poszłabym na zakończenie roku.
Zacisnął palce na kierownicy,uśmiechając się w ten typowo  Malikowy sposób.Wyglądał wtedy zupełnie jak Zayn.Odwróciłam szybko wzrok od jego twarzy.Nie mogłam uwierzyć,że są tak podobni,a zarazem tak różni.
-Nie ma sprawy.Mówiłem ci,że ktoś musi zastąpić mojego braciszka pod jego nieobecność.
Wywróciłam oczami.
-On miałby gdzieś to czy na nie pójdę.
Nieoczekiwanie poczułam ciepło jego dłoni na mojej-chłodnej i szorstkiej.W przeciwieństwie do swojego brata miał ręce ciepłe i gładkie,a jestem pewna że o nie nie dbał.Pogładziłam kciukiem jego kostki.Też chciałabym mieć takie gładkie dłonie.
-Nie jestem taki jak on.Już ci mówiłem.-Wyznał sucho w skupieniu patrząc na drogę.Poprawiłam się na fotelu.
-Myślisz,że mogłabym cię pokochać?-Nim zdążyłam ugryźć się w język ,wypowiedziałam na głos swoje myśli.Nie miałam pojęcia czemu to zrobiłam/Może tęskniłam za miłością? Może miłość tęskniła za mną? Spojrzał na mnie lekko zaskoczony.
I kiedy myślałam,że nie odezwie się do końca drogi- on wyznał cicho.
-Ja mógłbym cię pokochać.
I poczułam ciepło w dole żołądka,ale całkiem inne niż przy Zaynie.
Casian był inny.Przy nim czułam podekscytowanie i radość.I coś czego nie mogłam zidentyfikować.Bo był-sarkastyczny,zabawny i wyjątkowo miły...czasami mu się zdarzało.
Zayn był nieobliczalny-nigdy nie wiedziałam czego mogłam się po nim spodziewać.Przy nim czułam niebezpieczeństwo.Był owiany tajemnicą.I nigdy nie był miły.Potrzebowałam jego miłości,jego bliskości jak oddechu.Ciągle o nim myślałam i rozpaczliwie próbowałam sprawić by mnie pokochał,nawet jeżeli nie chciałam tego przyznać przed samą sobą.A on to wykorzystywał.Pomyślałam sobie,że może czas przestać myśleć tylko o nim.
Może zasługuję na kogoś kto pokochałby mnie równie mocno co ja jego.Może potrzebowałam miłości,która by mnie nie zabijała,a budowała?
Spojrzałam na Casiana zastanawiając się,czy on mógłby mi to dać.Był bratem Zayna-jego lepszą,trochę łagodniejszą wersją.Ale czy bezpieczniejszą? Widziałam jak jego szczęka zaciska się,jeszcze bardziej uwydatniając kości policzkowe.
To że był lepszy,nie oznaczało że był dobry.


~ZAYN~
Szedł spokojnym krokiem w jednej ręce trzymając papierosa,którego co chwilę unosił do poranionych zębami ust-drugą ściskał rączkę srebrnej walizki.Próbował być opanowany,albo przynajmniej starać się za takiego uchodzić-zawsze tak robił gdy był wściekły albo odczuwał niepokój.Przybierał na twarz maskę zimnej obojętności i do tej pory wychodziło mu to znakomicie.Nie mógł jednak opanować drżących dłoni,które zdradzały jak bardzo był zdenerwowany.Zgniótł niedopałek papierosa i wszedł do ciemnego,opuszczonego budynku rozglądając się po wnętrzu.Skrzywił się nieznacznie wyczuwając zapach wilgoci i pleśni.Odwykł od prostego życia w Bradford,od kiedy zamieszkał w Londynie zrobił się wygodnicki.Ze zwykłego chłopaka stał się mężczyzną chodzącym w markowych ubraniach i pachnącym drogimi perfumami,na które sam zapracował-nie zawsze legalnie;mimo wszystko tęsknił za Bradford.Nie był tu,od kiedy parę lat temu wyprowadził się do Londynu goniąc za lepszym życiem i pracą.Chciał zarabiać na siebie i wspomóc matkę i siostry.Casian nie był dużo młodszy od niego-mimo to też czuł się za niego odpowiedzialny.Ale tego nie okazywał i nigdy by się do tego nie przyznał,bo właśnie taki był i taki chciał być.Obojętny na ludzką krzywdę.Pracował różnie;w warsztacie u ojca znajomego,tworzył projekty dla studia tatuaży w centrum i trochę dilował,ale rzadziej od kiedy wyjechał.W Londynie było łatwiej wmieszać się w czarne interesy.Więcej glin,za to też więcej ludzi-mniejsza szansa na rozpoznanie przez nieznajomą osobę.Wysyłał pieniądze najstarszej siostrze;Donya na początku je odsyłała,ale później sytuacja musiała całkowicie ich przerosnąć bo schowały dumę do kieszeni i przyjmowały pieniądze,które im darował.Był pewien,że ojciec wszystko co zarobił przepijał,albo przegrywał w kasynie.Zawsze tak robił.Później wplątał się w jakieś szemrane interesy z mafią,która go wrobiła-trak trafił za kratki.Do czasu.Stęsknił się również za znajomymi,których miał tu wielu i których również zostawił.Spojrzał na walizkę lekko unosząc ją do góry,jakby chciał zważyć jej ciężar.Za kontaktami też tęsknił.Znajomości były jego mocną stroną,gdyby nie to,nie miałby tego czego chciał.Kumple zawsze mu pomagali-byli wobec niego lojalni i wierni,nigdy go nie zawiedli.Ale on nadal im nie ufał.Nie umiał ot tak obdarzyć kogoś tak wielkim uczuciem jak zaufanie.To było dla niego prawie,że nierealne.Był zbyt czujny,zbyt ostrożny.Nie lubił się przywiązywać.Pewnie dlatego o tym,że tu jest,wie tylko Liam.Tylko albo aż-pomyślał wchodząc do budynku bardziej.Stawiał pewne kroki po zakurzonym betonie,mimo że odczuwał nagły niepokój.Było bardzo cicho.Za cicho.Wypuścił cicho powietrze z ust w geście ulgi,kiedy go zobaczył.Siedział tam,wyluzowany,z papierosem w dłoni i wpatrywał się pustym wzrokiem w ścianę,z której odleciał prawie cały tynk.Dwudziestodwuletni mężczyzna  podszedł do stołu,który stał na środku pomieszczenia  i położył na nim srebrną walizkę,agresywnym ruchem przesuwając ją w stronę przyszłego właściciela.
-Zgodnie z umową.-Burknął nieprzyjaźnie wyciągając papierosa z paczki.Nikotyna uśmierzała jego ból i zdenerwowanie.Z papierosem w ręku czuł się lepiej.
Mężczyzna uniósł swoje ciemne oczy-takie same jak miał Zayn-i zeskanował jego sylwetkę przenikliwym spojrzeniem.Casian i Doniya również mieli urodę po ojcu.Te same ciemne oczy-ta sama ciemna karnacja i czarne włosy.Jedynie najmłodsza Safaa posiadała delikatną urodę matki.Wzdrygnął się na myśl o swojej rodzinie.Dawno nie widział-ani rodzicielki ani sióstr.Nie mógł na nie patrzeć,po tym jak wyjechał i zostawił ich na pastwę ojca pijaka i hazardzisty.Gardził sobą,za to co im zrobił,ale matka sama dokonała wyboru.Pamiętał,jak postawił jej ultimatum,albo on albo jej mąż-łajdak.Sama była sobie winna.Przynajmniej tak ciągle sobie powtarzał starając się zagłuszyć wyrzuty sumienia,które podpowiadało mu że to przecież nie jego rodzeństwo zawiniło.To zawsze była wina rodziców.
-Dziękuję synu.
-Nie robię tego dla ciebie.-Odpowiedział od razu.Nienawidził go z całego serca.Był jedyną osobą,którą darzył czystą niczym nie zmąconą nienawiścią,jedyną,która przerażała go bardziej niż on sam siebie.Przypomniał sobie,jak obrywał pasem po plecach i rękach za nieposłuszeństwo ;nie miał łatwego dzieciństwa,ale teraz wszystko się zmieniło.On dorósł i był silniejszy.Mógł go zabić gołymi rękami gdyby tylko chciał.Jeden ruch.To mogłoby być takie proste.Potrząsnął głową odpędzając mroczne myśli.
-Wiem.-Mężczyzna pokiwał  głową, wciąż wpatrując się w swojego pierworodnego.
-Wykonałem swoją część umowy.Jeżeli ty tego nie zrobisz,nie będę grzeczny-Pochylił się nad nim.Miał dość bawienia się w miłego chłopczyka na posyłki,ale wiedział że to było dla jego rodziny,która znaczyła dla niego więcej niż by sobie tego życzył.-Spróbuj zbliżyć się do którejkolwiek z nich-znajdę cię i zabiję.
Ojciec machnął na niego ręką przybierając rozbawiony wyraz twarzy.
-Co zrobisz? Zabijesz mnie? -Zaśmiał się,a Zayn popatrzył na niego ze wściekłością wypisaną na twarzy.Gdzieś głęboko w sobie odczuwał strach,że jednak Yaser go oszukał.-Zgnijesz w więzieniu tak jak ja.
-Nawet gdybym miał tam spędzić resztę swojego pieprzonego życia.Ty, z kulką w głowie będziesz moją największą nagrodą.-Wypluł wściekle zaciągając się szlugiem tak mocno,że poczuł jak filter parzy jego wargi.Yaser przyjrzał się mu dokładnie.
-Nie będziesz musiał tego robić synu.-Drażniło go to,że każde zdanie musiał kończyć tym słowem.Był niemalże pewny,że robi to specjalnie, by go wkurzyć.Zacisnął mocno pięści,tak że zbielały mu kostki.Udało mu się.-Nie będę was  niszczył.-Wstał z połamanego krzesła,które wydało nieprzyjemne skrzypienie gdy je odsunął.Zayn śledził każdy jego ruch,patrzył jak podnosi z biurka srebrną walizkę,którą to on niedawno trzymał w ręce i jak stawia kroki w kierunku wyjścia z budynku.Słyszał jak jego ciężkie buty odbijały się o posadzkę,widział jak jego szerokie barki poruszały się przy każdym ruchu.Nikt nie lubił pożegnań,ale dla niego to pożegnanie było czymś cudownym,wyzwalającym.Poczuł się dobrze.Zbyt dobrze,żeby pozwolić by ojciec zapamiętał jedynie cisze, kiedy odchodził.Nie miał zamiaru tak po prostu milczeć i patrzeć jak idzie zadowolony z tego,że znowu jest krok przed nim.
Nigdy więcej,ojcze.
-Ty już nas zniszczyłeś.-Stwierdził oschle.Z satysfakcją zauważył,że ten przystanął i spiął się na jego słowa.Podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu chociaż tak bardzo nie chciał go dotykać.Uśmiechnął się i powiedział.-Życzę koszmarnego życia.Mam nadzieję,że zgnijesz w piekle,ojcze.
A potem odszedł,a zimny wiatr buchnął w jego twarz.Nabrał głęboko powietrza do płuc.
Nareszcie czuł się wolny.

******
Ba dum tsss. OKEJ! Chcieliście Zayn-macie go.Teraz będzie się pojawiał zdecydowanie częściej :)
Chyba że mi się odwidzi i po prostu go zabiję,jak mnie wkurzy :) To narka!
Nobody.


piątek, 24 czerwca 2016

Maybe I love You? Rozdział 34.

Otworzyłam powieki,żeby znowu je przymknąć,bo były zbyt ciężkie.Chociaż w sumie nie,wróć.Powieki nie były ciężkie.To ja byłam zbyt słaba,żeby je otworzyć.Mój umysł był kompletnie przyćmiony przez alkohol i nie wiedziałam czemu robiłam to co właśnie robiłam.A potem tylko wsłuchiwałam się w sygnał telefonu,który  miałam aktualnie przyciśnięty do ucha.Tak dla jasności.Zawsze gdy coś waliło się w moim życiu starałam się uczynić je jeszcze bardziej beznadziejnym.Tudzież nie zrobiłam wyjątku dla tego dnia.
-Co tam Green?
Odłożyłam telefon na płytki balkonowe,a potem złapałam zapalniczkę w palce i odpaliłam papierosa.
-Myślałeś kiedyś o śmierci Casianie?
Usłyszałam po drugiej stronie jakiś szum i skrzypienie łóżka co pewnie oznaczało,że na nim usiadł,albo z niego wstał.
-Jesteś pijana,-To nie było pytanie,tylko stwierdzenie.-Och Nathalie co ja z tobą mam.
-Powiedz mi.
Westchnął ciężko.Usłyszałam jak odpala zapalniczką papierosa.Później świst,wypuścił dym z ust.
-Tak.
Tylko tyle,To była jego odpowiedź.Zaciągnęłam się dymem.
-I dlaczego tego nie zrobiłeś?
-Czego?
-No wiesz.-Wzruszyłam ramionami do ciemności.-Czemu ze sobą nie skończyłeś.Mam na myśli,czemu nie popełniłeś samobójstwa? 
Długa chwila milczenia,kolejny buch dymu,kolejne westchnienie.
-Bo to by było za proste.
Zmarszczyłam brwi,a on jakby to wyczuł bo kontynuował.
-Zabiłbym się i co potem? Zostawiłbym matkę i siostry na pastwę Zayna,albo ojca.Nie wybaczyłyby mi tego.
Zbyt mocno zaciągnęłam się szlugiem,bo dym drapał moje gardło zmuszając do kaszlu.To wszystko przez Zayn'a.Zawsze wszystko jest przez Zayna.Wszystkie katastrofy i epidemie.Ten diabeł jest za nie odpowiedzialny,Przynajmniej takie było moje zdanie w tej kwestii.
-Więc żyjesz tylko dla nich? Dla sióstr i matki?-Mój głos był tak schrypnięty,że ledwo mogłam mówić.
-Nie wiem dla kogo żyje.-Odpowiedział.-Ale wiem,że nie żyję dla siebie.
-A ja?
-Co ty?
Wypiłam z gwinta ostatni łyk wina i skrzywiłam się lekko.Chyba wolę burbon.
-Dla kogo ja mam żyć?-Zapytałam jakby samą siebie,ale on to usłyszał.-Matka nie żyje,ojciec,cholera jedna wie,a ona..ona mnie tak po prostu zostawiła.
Mój głos był tak żałosny,że prawie mnie samej było siebie szkoda.Prawie.
-Ona?-Wydawał się zdezorientowany.Nie odpowiedziałam,wpatrywałam się pustym wzrokiem przed siebie,ale on się nie poddawał.-O kim mówisz?
Przełknęłam słodką od wina ślinę i zgryzłam kciuka.
-O niej.-Odpowiedziałam po prostu.-O Lil.
-Kto to Lil?-Szepnął zdziwiony a potem jękną najwyraźniej przypominając sobie odpowiedź na to pytanie.-Aaa,ona.Co znaczy,że cie zostawiła?
Kolejne wzruszenie ramionami.Chyba to stanie się moją ulubioną czynnością.
Chcesz żyć? Wzrusz ramionami.Nie chcesz? Też wzrusz,co ci tam.
-Wyjechała,cholera wie gdzie i z kim.-Uchyliłam wargi,zgniatając żarzący się niedopałek w dłoni i pewnie,gdybym nie była tak pijana odczułabym wielki ból oparzenia.-A może to jest jakiś znak?
-Znak?-Powtórzył spokojnie.Przymknęłam powieki nie mogąc znieś ciemności jaka mnie ogarnęła.
-No wiesz.Skoro nie mam dla kogo żyć,to może czas to zakończyć?-Uśmiechnęłam się jak szaleniec.-Może czas się zabić?
Sama nie wiedziałam czy to co mówiłam było serio.Ale chyba nie.Chyba nie chciałam przestać istnieć.Przynajmniej nie na chwilę obecną.Musiałam jeszcze coś załatwić.Ale on najwyraźniej potraktował to poważnie.
-Co ty pieprzysz?-Usłyszałam kroki i jego głośny oddech kiedy zbiegał prawdopodobnie po schodach zapewne przekonany,że połykam ostatnią tabletkę nasenną,albo wykonuję śmiertelny ruch nożem,który za chwile rozetnie moje żyły.-Mów do mnie dobra? I kurde jeżeli się zabijesz,to przysięgam,że cię uduszę.
Uśmiechnęłam się lekko.
-Papa Cass.-Odłożyłam telefon i zamknęłam oczy.A potem...potem po prostu była ciemność.
Znowu.
Zaczynałam ją lubić.

-Nathalie!-Poczułam mocne uderzenie na prawym policzku.A potem lewym, i próbowałam otworzyć oczy,ale nie udało mi się tego zrobić.A potem lodowata ciecz rozlała się po całym moim ciele a ja wzięłam głęboki wdech do płuc jakbym przed chwila była pod wodą a teraz wydostała się na powierzchnie i złapała potrzebny tlen.Otworzyłam szeroko powieki i ujrzałam przed sobą czarne oczy i tego samego koloru czuprynę.A potem obraz wyostrzył się całkowicie.
-Jesteś skończoną masochistką Green..-Odparł i usiadł na podłodze odkładając miskę,w której była woda.Teraz spływała po mojej twarzy i wsiąkała w ubrania.
Z początku byłam tak zdezorientowana,że nie wiedziałam gdzie jestem,ale potem rozpoznałam bordowy kolor ścian w salonie i znowu spojrzałam na Casiana.Dopiero po minucie dotarło do mnie,że straciłam przytomność a młodszy Malik mnie ocucił.
-Następnym razem,kiedy będziesz próbowała się zabić, zadzwoń do kogoś innego.Przez ciebie sam omal nie zszedłem na zawał.
Parsknęłam sztucznym śmiechem,przecierając mokrą twarz dłonią.
-Zapamiętam.-Odparłam tylko,a potem dodałam.-Nie udawaj,że się przejąłeś.
-Nie,leciałem tu na złamanie karku w środku nocy dla sportu.-Bąknął wytrącony z równowagi i poszedł do kuchni nastawiając wodę na dwie kawy.Spojrzałam na swoje mokre ubrania.Chyba powinnaś się przebrać.

-Czemu zemdlałam?-Zapytałam mocząc ostrożnie usta w parzącej kawie.Czarnowłosy wzruszył ramionami.
-Miałaś problemy z alkoholem.-Powiedział.-A dzisiejsza noc -miałaś zamienia w czas teraźniejszy.
-Och przestań.To było tylko raz.-Machnęłam ręką.-Miałam święte prawo się upić.
-Kłamczucha.-Pokręcił głową upijając kilka łyków kawy.-Obydwoje wiemy jak alkohol uzależnia ludzi.To przez niego rozpadły się nasze rodziny.A ty widząc to wszystko,wiedząc o tym co wiesz,wciąż po niego sięgasz.Przyznaj się.Naprawdę jesteś masochistką.
Wzruszyłam ramionami (a nie mówiłam,że to było fajne?) i okręciłam się na krześle barowym.
-Może jestem,cholera kogo to obchodzi?
-No nie wiem,może na przykład cholera twoją siostrę?-Warknął wyprowadzony z równowagi,odsuwając od siebie pusty kubek po kawie.-Nie pomyślałaś co zrobiłaby gdyby jednak wróciła do domu,gdyby zobaczyła cie na wpół żywą,leżącą na balkonie,bladą jak trup?.Nie zastanawiałoby cię co by się stało gdybym przyjechał za późno?-Pokręcił głową z niedowierzaniem.-Nie oddychałaś przez jakieś piętnaście sekund,rozumiesz? Nie czułem twojego pulsu...czy ty to kurwa rozumiesz?
-Jasne,że tak Cas.Jasne,że to rozumiem.-Pokiwałam powoli głową,chociaż to co powiedział brzmiało w cholerę groźnie.Mogłam umrzeć.Dopiero teraz dotarło do mnie,że otarłam się o śmierć.I to nie pierwszy raz,z resztą-Ale rozumiem też to,co robię z ludźmi.Tak bardzo nienawidzę Zayn'a,tak bardzo nim gardzę,ale tak naprawdę jestem nawet gorsza od niego.-Uchyliłam wargi,jakby zszokowana własnymi słowami.Przez głowę zaczęły mi się przewijać obrazy milionów złych rzeczy jakie robiłam,jak krzywdziłam wszystkich i jak krzywdziłam siebie.Jak ćpałam,jak paliłam trawkę i rzygałam po alkoholu.Jak kilka razy omal przez niego nie umarłam .I jak biłam i groziłam Gabrielli,jak pogrywałam z nauczycielami,miałam w dupie szkołę,jak okłamywałam babcię Helen bo byłam zbyt wielkim tchórzem.I jak zdradzałam moją rodzoną siostrę z jej własnym chłopakiem.I jak bardzo mi się to podobało.
I tak bardzo wszystko do mnie dotarło.
I poczułam,że Cass nie powinien przyjeżdżać.
Bo może tak byłoby lepiej.
Gdybym po prostu to skończyła.
Gdybym po prostu się zabiła.

Moje nogi wydawały się okropnie ciężkie,kiedy unosiłam je z każdym krokiem,ale mimo to szłam,szłam uparcie przed siebie ściskając w pięści łodygę niebieskiej róży,takiej jaką zawsze ode mnie dostawała.Przymknęłam powieki pod wpływem chwilowego bólu jaki zadał mi jej kolec zagłębiając się w mój palec tworząc małą rankę.
-Siemka-Mruknęłam jakby od niechcenia kładąc kwiatka na grób matki.Usiadłam na ławce nie odrywając wzroku od nagrobka.Zerknęłam na krew,która sączyła się z mojego palca,a potem uniosłam go do ust i ubrudziłam krwią dolną wargę,którą zaraz oblizałam.-Chyba należą ci się ode mnie przeprosiny,w końcu dawno tu nie zaglądałam.-Przerwa na oddech.-Wiesz,bardziej lubię gadać z twoim grobem niż z tobą. Jestem mniej irytujący i nie mówi.-Ta informacja zapewne odmieniła los ludzkości.Parsknęłam śmiechem,który w sekundę zamienił się w żałosny szloch.Od kiedy stałam się taką pizdą do diabła? A co jeśli przechodzę jakąś depresję albo coś w tym stylu?O nie! Nie,nie,nie tylko nie depresja,mam dość depresji.Każdy ją ma.Nie chce,nie chce jej.
Chce tylko przestać mieć spieprzone życie.Chce tylko małego,przeciętnego szczęścia.
Co jeśli wymagam za wiele?
Tak,napewno wymagam za wiele.
A szkoda.
 -Jestem kompletnie do dupy wiesz? Nie mam pieprzonego pojęcia co zrobić.Zostawiła mnie,dasz wiarę? Poszła w diabły i..ja nie wiem.-Złapałam się za głowę.-Co ja teraz zrobię? Myślałam,myślałam że to wszystko jakoś inaczej się potoczy.-Pochyliłam się do przodu podpierając łokcie na kolanach.Byłam zrezygnowana.Jak alkoholik,który się upije i ma gdzieś co się teraz stanie.-powiedz mi coś mam zrobić,powiedz mi jak mam żyć.Bo ja już nie daję rady.
Byłam właśnie jak taki alkoholik.
Byłam tym alkoholikiem.
Niebo zapłakało wraz ze mną,kiedy porządnie krzyknęłam chcąc w ten sposób wyładować swoją złość i ból.I choć wiedziałam,że cmentarz nie jest odpowiednim miejscem na krzyki,nie mogłam tego powstrzymać.
 Nie mogłam powstrzymać goryczy,która zalewała moje serce.
Topię się w niej.
Topię się w goryczy,topie się w bólu.
Proszę złap mnie,złap mnie,bo nie chcę żyć.
Powstrzymaj mnie przed nicością.
Powstrzymaj nicość przede mną.
-Nie wszystko idzie po naszej myśli,ale ty chyba doskonale o tym wiesz.-Podskoczyłam jak piłka,przerażona do granic możliwości i wtrącona z mojej chwili zatracenia.Zamrugałam oczami nie mogąc dać wiary w to co właśnie widzę.
W to kogo właśnie widzę.
Byłam pewna,że mam schizę, i to nie byle jaką,ale taką masakrycznie porządną schizę.
Kompletnie nienormalną
Bo właśnie obok mnie ,na cmentarnej ławce siedziała czarnooka kobieta i uśmiechała się do mnie ciepło rozbawiona moją reakcją.
I wszystko byłoby okey gdyby nie to.że kobieta,która właśnie obok mnie siedziała była żywa.
Ale nic nie było okej.I nic teraz nie było dla mnie zrozumiałe.
Bo ta kobieta nie powinna tu być i do mnie mówić.
Nie powinna siedzieć i się uśmiechać,nie powinna cholera ODDYCHAĆ.
Złapałam potrzebny oddech i odzyskałam zdolność mówienia dopiero po kilku minutach.
Ale dlaczego ktoś miałby się dziwić moją reakcją?
W końcu nie codziennie spotykasz swojego zmarłego rodzica.
No nie?
-Witaj Nathalie.
Przełknęłam żółć w gardle.
-Witaj mamo.
 ***
Zmarli wracają do żywych.Uwierzcie w duchy skarby.
Istnieją naprawdę.
Nobody.






wtorek, 14 czerwca 2016

Maybe I love You? Rozdział 33.

-Nie wierzę.Po prostu kurewsko nie wierzę.-Zerknęłam na Casiana,który chodził w tę i z powrotem co chwilę unosząc do ust dłoń z papierosem.Chyba jeszcze nie widziałam by był tak wkurzony,zwykle wydawał się być spokojny i opanowany.Złość i przesadne okazywania emocji nie brzmiały jak on.Gruba żyła na jego szyi zdawała się być coraz bardziej wyraźna kiedy warczał pod nosem różnorodne przekleństwa.Nie próbowałam go uspokoić,podkuliłam tylko kolana pod klatkę i zaciągnęłam się mocno swoją fajką patrząc przed siebie.-Jak śmiał? Matka specjalnie dla niego przyprowadziła się tutaj,żeby jakoś się dogadać,a on zwiał.Znów zwiał.Pieprzony tchórz.-Wyrzucił papierosa przed siebie i mocno pociągnął za swoje krucze włosy.Jakby chciał się ich wszystkich pozbyć jednym ruchem.Zdziwiłam się lekko jego reakcją,nie sądziłam że zależało mu na zjednoczeniu rodziny.Kiedy powiedziałam o Bradford dostał jakiegoś szału.Czy to znaczy,że gdyby  Zayn  uciekł do Francji,albo Belgii zareagowałby obojętnością?
-Cass,nie bardzo czaję,Bradford jest niedaleko stąd.Zayn w końcu się tu pojawi.
-Niczego nie rozumiesz Green.-Podszedł do mnie i uniósł z ławki tak  gwałtownym ruchem, że  prawie zadławiłam się dymem zaskoczona tym co zrobił.Przybliżył swoją twarz a kciukiem przejechał po mojej pooranej zębami wardze,patrząc w to miejsce.Drgnęłam nerwowo.Po co w ogóle się odzywałam? To był brat Malika,jego rodzina,jego krew.Igranie z którymkolwiek z nich,było jak igranie z ogniem,a ja nie chciałam, cholera spłonąć.-Jeżeli on tam pojechał,to znaczy że szybko nie wróci.A matka znowu dostanie jakiegoś pieprzonego załamania nerwowego.-Każde słowo syczał mi prosto w twarz tak jadowicie jak sam wąż.Wciągnęłam zapach papierosów i cytrusów-jego zapach- kiedy stykaliśmy się nosami.-To wszystko twoja wina Green.
Przez chwilę patrzyłam na niego w osłupieniu a potem przeniosłam wzrok na jego usta,które teraz tak mocno przygryzał.
Miałam ochotę parsknął mu śmiechem prosto w tę jego piękną twarz,ale zamiast tego wysyczałam wściekle.
-Jasne,masz rację,wszystko jest moją winą.Podobnie jak to,że dzieci w Afryce głodują a wasza cała rodzinka jest pieprzoną patologią.Więcej.Grzechów.Nie.Pamiętam.
Usta drgnęły mu w uśmiechu,kiedy znowu spojrzał mi w oczy.
-Wiesz? W sumie to wcale się mu nie dziwie czemu wybrał akurat ciebie.Jesteś ostra jak żyletka.Miał z tobą na pewno wiele zabawy w łóżku.
Miał talent do przeskakiwania z jednego tematu na drugi w bardzo krótkim czasie.Urodzony manipulator.Tak samo jak Zayn.
-Pierdol się.
-Och,taki mam zamiar.-Stwierdził sarkastycznie,robiąc dziwny ruch głową a grzywka opadła mu na czarne oczy.-ktoś w końcu musi zastąpić mojego braciszka w łóżku.
Spięłam się kiedy jego usta zaczęły muskać płatek mojego ucha.Zastanawiałam się czy czuje jak drżą mi ręce,jak moje włoski na karku stają dęba,jak mój oddech przyspiesza.Czy słyszy moje szybko bijące serce,które chciało wyrwać się z mej piersi.
Ja słyszałam.
-Jak myślisz słodka N,kto jest w tym lepszy? Zayn czy ja?-Zaśmiał się gardłowo.-Będziesz miała okazję sprawdzić.
Wzdrygam się przypominając sobie seks z jego bratem w zimnej łazience.Zachowałam się jak nic nie warta zdzira,chyba nigdy nie pozbędę się uczucia tego jak bardzo brudna się stałam przez to co zrobiłam.Ale to było dobre.Wyrzuty sumienia,karma która mnie dopadła za wszystkie kłamstwa jakimi karmiłam ludzi i za to jak ich oszukiwałam.Zasługiwałam na to co się działo.Lil nie.
-Możesz się pieprzyć.Ty i twój braciszek.To wasz taniec,ja nie znam do niego układu.-Mój uśmiech był nieszczery,kiedy ponownie skierowałam swoje spojrzenie na jego usta.-Właśnie wypadam z gry.
-Czy ty niczego nie rozumiesz,głupia dziewczynko?-Odsuną się ode mnie gwałtownie.-Całe moje życie opiekowałem się siostrami i matką i nienawidziłem mojego brata.-Jego długie,smukłe palce co chwile zagłębiały się w mahoniowych włosach lekko pociągając za ich końce.-Chyba tylko wiara w to,że nie jest tak zły jak się wszystkim się wydaje,pozwoliła mi go nie zabić..Mam na myśli-każdy człowiek gdzieś choćby w środku jest dobry.Przynajmniej tak mi się wydawało.Chciałem tylko żeby przestał myśleć jedynie o sobie.Sądzę,że matka oddałaby za to duszę.I może to hipokryzja,ale chciałem być taki jak on,Wiesz,móc się nie przejmować pijanym ojcem,który włazi do domu jak burza,mając w czarnej dupie, że jest środek nocy,że ma dzieci,które przestraszone płaczą bojąc się,że znów ich zbije.
Parska sztucznym śmiechem.I brzmi jakby chciał płakać,zamiast tego,ale się przed tym powstrzymywał.Obserwowałam jego twarz,chcąc zajrzeć mu głęboko w oczy,aby dojrzeć w nich coś,czego nigdy nie zobaczyłam w tych jego brata.Człowieczeństwo.Jednak on uparcie wpatrywał się w jeden martwy punkt,jak w amoku wypowiadając historię swojego życia,której chyba nikt nigdy nie usłyszał.
-Czasami chciałem pójść w cholerę,tak jak on zawsze to robił.Podziwiałem jego kamienną twarz,jego brak empatii.Uwielbiałem go.Był moim starszym,fajniejszym bratem,którego wszyscy tak bardzo kochali i których on tak od siebie odpychał.Ale potem zobaczyłem w oczach moich zapłakanych,pobitych  sióstr coś co pozwoliło mi rozwiązać zagadkę życia.I wreszcie to zrozumiałem.-Spojrzał na mnie,na moją twarz na moje usta a na końcu prosto w moje oczy a ja poczułam jak tracę rozum przez to głębokie zaszklone spojrzenie.Nie sądziłam,że można mieć tak piękne oczy.
Płacząc.
-Nie chcę być taki jak on.-Otworzył usta a pojedyncza łza popłynęła po jego policzku.-Nie chcę być potworem.
Zgryzłam wargę do krwi,kręcąc lekko głową jakbym nie mogła uwierzyć w to co widzę.A potem on tak po prostu wyciągnął papierosa z paczki i podsunął ją pod mój nos,a ja bez wahania się poczęstowałam.Po chwili oboje wypuszczaliśmy dym z ust.
I nikt nic nie mówił.
****
-Nawet nie wiesz jak ci do cholery za zazdroszczę-Patrzę w czarne oczy różowego królika w trampkach ,który siedzi na jednej z półek sklepu dziecięcego i uśmiecha się do mnie wesoło w jednej łapce trzymając marchewkę.
-Niby czego?
-Jak to kurde czego?-Clar bierze w ręce body w małe słonie i przyciąga je do swojego ciała,jakby chciała zmierzyć czy będą na nią dobre,a potem wyciąga małe ubranko przed siebie i składa je później układając na swoim ramieniu.-Masz przy swoim boku dwóch czarnowłosych bogów seksu,którzy bardzo chętnie by się tobą zajęli i nawet nie potrafisz tego dobrze wykorzystać.Ja za niedługo będę po łokcie upaprana w dziecięcym gównie-to co los mi zgotował.
Mam ochotę powiedzieć jej,że sama sobie to zgotowała ale w ostatniej chwili się wycofuję nie chcąc rozpoczynać niepotrzebnej kłótni.
-Ty chyba czegoś nie rozumiesz idiotko.-Marszczę brwi zirytowana jej tokiem myślenia-Co z tego,że ci pseudo Bogowie mają fiuty,którymi umieją się posługiwać,skoro są diabłami w czystej postaci,którzy nie używają swoich mózgów do niczego innego jak knucia podłych intryg,które rujnują życie każdej osobie znajdującej się w przeciągu kilkunastu metrów w ich otoczeniu?
Wydała z siebie coś na kształt fuknięcia a ja jedynie wywróciłam oczami biorąc opakowanie ze smoczkiem w ręce.
-Przesadzasz.Może i Zayn nie jest najlepszym kandydatem,ale Casian wydaje się całkiem w porządku.
-Nigdy z nim nie rozmawiałaś.-Stwierdziłam marszcząc brwi w irytacji.
-No i co z tego? Z oczu mu dobrze patrzy.
Miałam ochotę ją wyśmiać.W oczach miał złośliwe iskierki,niczym mały diabełek,którego zabawą jest niszczenie świata.
Ale pomyślałam o łzie na jego gładkim policzku i przypomniałam sobie jak opowiadał o swoim życiu,o tym jak jego ojciec-tak jak mój pił i bił- i w  duchu przyznałam jej rację.Lecz jedynie w duchu.
Tylko dlatego,że po raz pierwszy,patrząc na niego nie widziałam egoisty,pięknego diabła,czy odbicia Zayna.Widziałam człowieka,tak realnego i kruchego,że to było aż nazbyt przerażające.Sądzę,że to była jedyna z najstraszniejszych chwil w moim życiu.Nie chciałam widzieć go takiego słabego i zrozpaczonego.To był żałosny pozbawiający umiejętności nienawidzenia go obraz.Wolałam jego pewny siebie uśmieszek,jego wyzwiska,jego nonszalancje.Wolałam go nienawidzić,niż mu współczuć.Wiedziałam,że zniosę wszystko,tylko nie łzy w jego oczach.Takich jak ma Zayn.
-Nie patrz w jego oczy,bo ostrzegam że możesz się zakochać słonko.Zacznij lepiej patrzeć w oczy swojego przyszłego męża bo on w porównaniu do tych dwóch młotków ma naprawdę dobre serce.Gdybyś zaciążyła z którymkolwiek z nich uciekliby na drugi koniec stanu.Albo nawet świata.
Szłyśmy dalej szukając potencjalnych produktów,które mogą się przydać po narodzinach dziecka.Wciąż nie znałam płci-to miała być wielka niespodziewana niespodzianka.Z resztą tak jak ta cała ciąże,więc to miało sens.
-Nie mówimy teraz o mnie tylko o tobie.Gdybyś się zakochała może wpłynęłoby to lepiej na twoją ciemną stronę i wreszcie ukazałaby się ta jasna,którą tak skrupulatnie chowasz.
-To,że jestem tutaj z tobą,kupuję ciuchy dla twojego dzieciaka i słucham paplaniny wychodzącej z twoich ust,czyni mnie wystarczająco świętą.
Znów fuknęła jak wściekła kotka i czmychnęła do następnego działu z zabawkami.Jak posłuszny piesek ruszyłam za swą panią.
-Ale dlaczego nie chcesz nawet spróbować się do niego  zbliżyć? Zayn i ty to przeszłość,doskonale o tym wiesz.-Ścisnęła piłeczkę w ręce a ta wydała z siebie głośny pisk,na dźwięk którego niekontrolowanie podskoczyłam.
-Więc mam cię zabrać za drugiego Malika? Posłuchaj siebie Clar.Ich krew jest skażona kurewskim idiotyzmem.Nie chcę mieć już z nimi nic wspólnego.
Wywróciła jasnymi oczami w irytacji,wkładając do koszyka zabawkę.
-Poza tym.Jeżeli nawet chodziłabym z C ;myślisz,że mógłby sprawić,bym była lepsza osobą? Prędzej stałabym się jeszcze gorsza.To by załatwiło mój charakter na amen.
-Przy sobie bylibyście lepszymi ludźmi.
-Taa,jak w jakiejś chrzanionej operze mydlanej.Zrozum,że życie nie zawsze jest jak film,w którym się w sobie zakochują a potem wszystko kończy się happy endem.
-Mogłoby zakończyć się happy endem,gdybyś tylko chciała!
-Te smutne i tragiczne zakończenia są o wiele ciekawsze niż te mdłe.-Stwierdziłam hardo,a bliżej niezidentyfikowany dźwięk wydobył się z jej gardła.
-Ty jesteś smutna i tragiczna.-Odpowiedziała z przekonaniem,a dźwięk dzwonka jej telefonu rozniósł się po całym sklepie.
-Może.Ale przynajmniej nie mdła.

Dzwonił Harry z informacją,że mają dzisiaj rodzinną kolację i mamy przebierać szybciej nogami bo on nie będzie na nią czekał a potem wstydził się,za to że się spóźnili. 
Oboje najwyraźniej się zmienili.Harry stał się odpowiedzialniejszy i bardziej księżniczkowaty a Clar nierozważna i beznadziejnie naiwna-nie wiem kto wyszedł na tym najlepiej.
Wiem za to kto najgorzej-ja.Nie życzyłabym nikomu by był w mojej skórze,kiedy biegałyśmy po galerii jak wariatki a potem namęczyłyśmy się żeby złapać taksówkę,obładowane ciężkimi siatkami z pampersami i innym niezbędnym do życia dziecka balastem,tak jak gadająca stonoga za pół stówy.Jak na złość wszystkie były zajęte.
Do domu przyszłam o 15;30.Wiem to,bo sprawdzałam,kiedy otworzyłam drzwi frontowe domu.Byłam padnięta i jedynie o czym marzyłam to gorąca kąpiel.
Jednak-co było oczywiście oczywiste-moje plany musiały być zrujnowane.O mało co nie oberwałam szybującą w moja stronę granatową koszulą Zayn'a..Zmarszczyłam brwi,przyglądając się ze zdziwieniem jak moja siostra wpycha  ubrania do torby podróżnej.Co do cholery znowu się stało pod moją nieobecność?
-Czy nie mogę wyjść na chwilę z domu i powitać go ze spokojem,bez twoich szopek przypominających drugą wojnę światową,siostro?-Mój ton był oschły,kiedy z wyraźną dezaprobatą przyglądałam się temu co robi.
Opcje dlaczego robiła to co robiła były dwie.
Albo zwariowała.
Albo się ogarnęła  i pakuje tego gnoja,który nie powinien w ogóle pojawić się w jej życiu.Gdyby się w nim nie zakochała,gdyby poznała jakiegoś dobrego chłopaka...może byłaby szczęśliwa?
Moje wątpliwości zostały rozwiane,kiedy zobaczyłam różową bluzkę na wierzchu torby,która z pewnością nie należała do Zayn'a.Ona nie pakowała jego.
Pakowała cholera siebie.
Co oznaczała,że opcja numer dwa odpada.
Odwróciła się w moją stronę i po raz pierwszy od kilku cichych dni przeplatanych jej płaczem,albo krzykiem do samej siebie-popatrzyła mi w oczy.Poczułam gulę w gardle,której nawet nie próbowałam przełknąć-wiedziałam,że nie będę w stanie tego zrobić. Tak samo jak zapomnieć tego co wdziałam w jej oczach,przekrwionych.wysuszonych od łez i napuchniętych.Pełnych bólu i nienawiści do samej siebie.To było coś tak przerażającego,coś tak smutnego,że aż odebrało mi mowę.Odebrało mi zdolność do jakiegokolwiek ruchu.Chyba nawet nie mrugałam.Otworzyłam lekko usta,jakbym miała zamiar wypowiedzieć przez nie te słowa, które sprawiłyby,że znienawidziłaby mnie na zawsze.Ale nie mogłam.Nie mogłam powiedzieć nic,przez jej wzrok na sobie.
-Nathalie.-Schrypnięty głos przebił powietrze,a ja wydałam z siebie coś na kształt szlochu,który tak bardzo chciał wydostać się z mojego gardła.Chciałam płakać nad nieznajomą stojącą przede mną.
To już nie była moja siostra.To nawet nie był jej cień.Coś w niej umarło,wiedziałam że już nigdy nie będzie taka jak kiedyś.On odebrał cząstkę jej duszy.
A ja mu w tym pomogłam.
-Co si..-Odchrząknęłam coś co było w moim gardle i nie pozwalało mi mówić,po czym uniosłam głowę,patrząc na nią.-Kim ty do cholery jesteś?
Pokręciła głową i usiadła na podłodze podkulając kolana pod klatkę piersiową.Objęła się ramionami,zaczynając nucić jakąś melodię jak w amoku kołysząc się na boki.Nie mogłam się już powstrzymać.Wybuchłam,płakałam jak dziecko,podlatując do jej ciała i biorąc ją w objęcia.Kołysałyśmy się obje.Ja-płacząc nad nią i nad tym do czego doprowadziłam.
Ona-patrząc pustym wzrokiem na ścianę naprzeciwko nas.Wydawała się tak martwa.
-Nie umieraj.-Wyszeptałam ledwo słyszalnie w jej włosy.
Nie sądziłam,że tak właśnie będzie wyglądał koniec.-Nie mogę stracić i ciebie.
Nie odezwała się,więc ponowiłam tulenie jej do siebie,chociaż ona nawet nie reagowała na moje dłonie.Nie wiem ile siedziałyśmy,ale z pewnością długo,bo gdy odsunęła mnie od siebie poczułam jak całe ciało boli mnie z odrętwienia.Spojrzała na mnie,taka blada i bezradna.Taka smutna i żałosna.Niegdyś silna,teraz słaba niczym dziecko.Niezdolna do zregenerowania się w najbliższym czasie,oznajmiła spokojnie.
-Wyjeżdżam.
A potem zabrała walizki i wyszła z domu,tak po prostu bez pożegnania,zostawiając mnie na podłodze z kamienną miną
I to było właśnie  tragiczne i smutne zakończenie.I to na pewno nie było mdłym happy endem.
Pomału słowa Liam'a zaczynały do mnie docierać.
Moje życie to jedna,niekończąca się katastrofa.


czwartek, 12 maja 2016

Maybe I love you? Rozdział 32.

-Bardzo ci dziękuję,będę za, nie więcej niż dwie godziny.
-Aha.-Spojrzałam w jasne oczy Clar i przełknęłam głośno ślinę,kiedy się odwróciła się i po prostu wyszła.Poprawiłam małą istotkę na rękach,a potem usadziłam ją sobie  na biodrze patrząc jak wkłada palec do buzi.Bleh.
Nie wiedziałam.
Nie wiedziałam.
Nie wiedziałam.
Co do cholery mnie podkusiło,że zgodziłam się zostać z pięcioletnim dzieckiem sam na sam na nie więcej niż dwie godziny.Nie wiedziałam co podkusiło Clar,żeby zaufać mi-najlepszemu przykładowi najgorszego przykładu-i dać pod opiekę cioteczną siostrę.
Nie zrozumcie mnie źle,tolerowałam dzieci,nie byłam za aborcją (chociaż gdy patrzyłam na Zayn'a miałam pewne wątpliwości),uważałam,że są nieprawdopodobnie piękne i słodkie (póki nie płakały i nie robiły w pieluchy) Oraz nie strzelały fochów,nie zadawały miliona pytań na minute,nie były w moim towarzystwie kiedy sobie tego nie życzę,nie biegały,nie krzyczały,nie gadały jak nakręcone i ogólnie spały,albo po prostu się zamknęły.
Ale.
Nie kochałam ich na tyle,żeby wytrzymać z nimi więcej niż 10 minut.
A tu masz.
Dwie godziny.
Dwie godziny z drobiną,która nie robiła nic innego jak tylko patrzyła się na mnie z rozdziawioną buzią i nie.
Nie wiedziałam dlaczego się tak patrzyła,ale niemiłosiernie mnie to wkurzało.Usadziłam ją na kanapie,poprawiłam włosy a potem oparłam ciało o zagłowię.
Wciąż się patrzyła.
Z rozdziawioną buzią.
-No to jak...-Chwilunia..jak jej było...? Anastasia,Alice,Alex,Aline.-dzieciaku? Co oglądamy?
Kiedy stukałam paznokciami o pilot do telewizora,mała A...jakkolwiek jej było na imię,wciąż była we mnie wpatrzona.
-Chcesz bajkę?-Zapytałam lekko poirytowana.Lekko? Chryste miałam ochotę zapalić,chyba nawet Zayn nie potrafił doprowadzić mnie do takiego stanu samym patrzeniem.Powiedzcie,że dzieci nie są irytujące.Jeżeli tak uważacie to
A.Jesteście tak samo irytujący i nie zdajecie sobie z tego sprawy
lub
B.jesteście cierpliwi ukośnik porąbani ukośnik niezdrowi psychicznie.
-Moje jakiś film? Lubisz zwierzęta?  Może AnimalPlanet?
Pytałam i klikałam guziki pilota włączając różne kanały.Dalej nie odpowiadała,więc włączyłam pierwszy lepszy film,który wydawał się nie mieć scen erotycznych (nie miałam pewności) i rozłożyłam się wygodniej,podkurczając kolana do piersi.
-Jak masz na imię?
Szybko na nią spojrzałam,a moja prawa brew poszybowała do góry.Serio?
Serio?
-Serio?-Wyszeptałam do siebie poprawiając grzywkę.-Jestem Nathalie.A ty?
Myślałam,że nie odpowie.Wydawała się dziwnie cicha,a dzieci chyba powinny mieć ADHD.
Tak.
To pewnie dlatego wydawała się dziwna.
-Ariabella.
Miała słodki,delikatny głos,miły dla uszu.
-Będę ci mówić Aria.Wątpię żebym zapamiętała pozostałość twojego oryginalnego imienia.
Wydawała się zadowolona ze swojego skróconego imienia bo uśmiechnęła się lekko i pokiwała głową z uznaniem.Wypuściłam ciężki oddech z płuc czując jak wciąż mi się przypatruje.Słyszałam kiedyś,że dzieci to bardzo ciekawskie istoty.Nic nie robią tylko zadają pytania.Teraz chyba jednak wolałam żeby pytała mnie o cokolwiek,a przestała się tak bezczynnie przyglądać.Może to nie wzbudziło by we mnie takiej złości.
-Aria.-Zaczęłam spokojnie.-Dlaczego się tak patrzysz?
To było w miarę miłe? Znaczy..nie wiem,nie mam zbytniego doświadczenia w byciu miłą,ale chyba to było okey.
-Jesteś bardzo ładna.-Popatrzyłam na nią jak na niespełna rozumu a potem cicho parsknęłam.Bardzo ładna? Ja? Ta,szczególnie dzisiaj w tym poszarpanym dresie,nieumytych włosach i bez makijażu.
Generalnie miss świata to ja nie byłam,ale był weekend,nie wychodziłam nigdzie i zamierzałam leniuchować cały dzień.Niestety.Moja najlepsza przyjaciółka zepsuła moje fenomenalne plany słowami.
-Mam umówioną wizytę u ginekologa,nie mogłam przełożyć,Harry by mnie zabił...
Bla,bla bla.
Rozumiałam to.
A bynajmniej próbowałam.
A co do Harrego,to lepiej żeby już się mu nie podkładała.Bo będzie grubo.
Po naszej ostatniej rozmowie,lekko się przeraziłam, bądź co bądź dał mi wyraźne sygnały,że jak się dziewczyna nie ogarnie to  koniec z planami szczęśliwej rodzinki i domku z ogrodem (nieważne,że Kira nie lubiła kwiatów)Potem porozmawiali,zapewne był seks na zgodę i bum! wszystko dalej było okey.I dobrze.Byli dobraną parą,poza tym dziecko powinno wychować się z obojgiem rodziców.
Dalej nie mogłam w to uwierzyć.Moja Kira,moja mała Clar nosi pod sercem dzieciaczka,a sama w gruncie rzeczy dalej nim jest.To było coś nierealnego i mimo,że minęło kilka dobrych miesięcy wciąż nie dawałam wiary.
Zerknęłam na Arie i uśmiechnęłam się pod nosem,kiedy z  rozdziawioną buzią patrzyła na  film w telewizji.Była bardzo ładna.Miała czarne proste włosy (Jak wszyscy z rodziny Fray) ciemne oczy i bladą,prawie przezroczystą cerę.Była po prostu dzieckiem,które wygląda jak porcelanowa laleczka.Mniejsza wersja mojej Clar. Zastanawiałam się czy tak wyglądałoby dziecko Clar gdyby było dziewczynką.Czarne włosy,oczy i biała skóra.Stawiam stówę,że tak właśnie by wyglądało.
I że tak właśnie będzie wyglądać gdy się urodzi.No chyba,że będzie miał/a szmaragdowe oczy po tatusiu.
-Chcesz coś do picia?-Zapytałam kiedy wstałam z kanapy.Dziewczynka przeniosła na mnie swój wzrok i kiwnęła głową.-Co?
-A co masz?
Postukałam się palcami w policzek.
-Kakao,colę,sok albo mleko.
-Mleko.-Powiedziała od razu.

Do mleka dorzuciłam paczkę najlepszych ciastek na tej planecie.W sensie,mam na myśli oreo.Jadłyśmy i oglądałyśmy film,a mała co chwilę zadawała mi pytania.Tak.Właśnie włączył jej się syndrom ciekawskiego bachora.Ale wolałam to niż gapienie się.Chyba.
-Masz chłopaka?
Spięłam się,kiedy przed oczami zobaczyłam twarz Zayn'a.
Pytanie dnia:Dlaczego idiotka,która podobno już nie kocha swojego ex,wciąż nie może pogodzić się z tym,że jest jej ex?
Odpowiedź:Bo jest idiotką.
Ha! Śmieszny żart nieprawdaż?
Nie.Wcale nie jest śmieszny,ale to nie było ważne.
-Nie.
Najgorsze pytanie jakie mogła zadać.
-A miałaś?
Zacisnęłam usta w linię,a potem wrzuciłam do buzi kawałek ciastka.Przeżuwając,myślałam nad odpowiedzią.Może powinnam skłamać?
-Miałam.-Nie chciałam jej okłamywać.Polubiłam ją i z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny wiedziałam,że nikomu nie powie o tym co jej mówię.Chociaż to było dziwne.Była dzieckiem,a dzieci paplają jak najęte,ale ona...ona była inna miała wokół siebie taką energię,która sprawiała,że czułaś,że jest lojalna.Że cie nie zdradzi.
-Dlaczego już nie jest twoim chłopakiem?
Wzruszyłam prawym ramieniem udając znudzoną,a potem wzięłam kolejne ciastko i namoczyłam je w mleku.Wspomnienia to najgorsze kurestwo świata.Nie znosiłam ich przywoływać,nie znosiłam myśli,że dalej siedzą w mojej głowie.
-Bo to kutas.Nie był mi wierny.
-Co to znaczy wierny?
Zmarszczyłam brwi zdezorientowana jej pytaniem.Wie co to kutas,a nie wie co oznacza wierny? Boże,Clar,widać że to twoja rodzina.
Uśmiechnęłam się.
-Był oszustem,zdradzał mnie z innymi dziewczynami.
-Faktycznie kutas.
Zakrztusiłam się ciastkiem,a potem zaśmiałam się głośno i szczerze po raz pierwszy od dłuższego czasu.Nie pamiętałam kiedy ostatni raz ktoś naprawdę sprawił,że chciałam się śmiać.Ludzie według mnie nie byli śmieszni,bardziej żałośni lub głupi.
-Taa,masz słuszność.
-Jak miał na imię?
Patrzyłam jak je ciastko i wpatruje się we mnie z ciekawością w bystrych oczach.Dlaczego nie irytowało mnie jej wścibstwo? Usadziłam ją na swoich kolanach i otworzyłam buzię,a ona włożyła mi do niej ciastko.Przełknęłam je.
-Zayn.
-Zayn.-Powtórzyła jak echo i podrapała się pod brodą.Ucałowałam ją w tamtym miejscu.Lekko odepchnęła mnie łapkami parskając krótkim śmiechem.-Kutas Zayn.
Zaśmiałam się po raz kolejny,tym razem do mnie dołączyła.Z sekundy na sekundę zaczynałam lubić ją coraz bardziej i coraz mniej irytowało mnie jej spojrzenie wciąż i wciąż skierowane na mnie.
-A ty,masz chłopaka dzieciaku?
Westchnęła głęboko z miną typu ,,Nie chcesz wiedzieć"
-Taa,ale to dość skomplikowany związek.
-No co ty? Nic nie jest skomplikowane,po prostu niektórzy są zbyt głupi żeby coś pojąć.
Wzruszyła chudymi ramionami i włożyła połowę ciastka do moich ust,a połowę do swoich.Popiła je mlekiem i otrzepała rączki z okruchów.Przeżuwałam powoli rozgryzając na mniejsze kawałki a potem połknęłam czekając aż zacznie mówić.Lubiłam jej słuchać.Miała naprawdę ładny głos.
-Ma na imię Samuel i jest z Hiszpanii.
-Uuu nieźle.-Pokiwałam głową z uznaniem.Ta mała wyrwała Hiszpana! Bravo mi pequeño!
-Ale wczoraj w szkole pociągnął za warkoczyk Anne ze starszej klasy.
Oblizałam końcem języka górne zęby i pokręciłam głową.Zayn pociągnął za warkoczyk wiele dziewczyn.Szkoda,że tak późno to załapałam.Zmarnowałam na niego kupę czasu.
-To się nazywa niewierność?
Westchnęłam zastanawiając się przez chwilę.Nie wiedziałam co mam jej powiedzieć.Nie wiedziałam jak silną miała psychikę.
-Myślę,że coś w tym stylu.Skoro ciągnie za warkoczyk i ciebie i Ann,to znaczy,że niezły z niego casanova. 
Wybałuszyła wielkie oczy.
-A co to znaczy?
Przymknęłam na chwilę powieki i poruszyłam kolanami na których siedziała młoda.
-To znaczy mi pequeño.-Pogłaskałam ją po policzku.-że twój Samuel to kutas.
Młoda zeszła z moich kolan i z powrotem wróciła na swoje miejsce.Nastąpiła chwila ciszy podczas której mała intensywnie nad czymś myślała.Nie przeszkadzałam jej w tym,uznałam,że musi przemyśleć wiele spraw.
-Wychodzi na to,że wszyscy chłopcy są zwykłymi kutasami.
Pokiwałam głową na znak,że w pełni się z nią zgadzam i przybiłam jej piątkę,a potem poszłam do kuchni zrobić popcorn.
Nawet nie wiesz jaką rację masz Ariabello.


Przyciągnęłam ją do siebie,a kiedy lekko się odsunęła,pocałowała mnie w sam środek ust i powiedziała,że za niedługo mnie odwiedzi.
-Czekam.-Wymamrotałam a ona kiwnęła do mnie ostatni raz i wyszła,trzymając Harrego za rękę. 
-Chodź.-Clar pociągnęła mnie za rękę.-Pokaże ci zdjęcia USG naszego bobasa!





Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się słońcem,które ogrzewało moje lodowate policzki.Deszczowy Londyn sprawił,że byłam przyzwyczajona do ponurego krajobrazu za oknem oraz zimna.Nawet mi to za bardzo nie przeszkadzało,można było się przyzwyczaić.Jednak raz na jakiś czas było tu ciepło i aktualnie ten czas nastał.Poprawiłam skórzaną kurtkę i wypuściłam powietrze z płuc z głośnym świstem.Dobra.Czas działać,bo jak tak dalej pójdzie moja siostra popełni tragiczne samobójstwo,a ja będę musiała wyciągać jej zwłoki z wanny wypełnionej krwią rozcieńczoną przez wodę.Uniosłam niepewnie prawą dłoń do góry i przycisnęłam odpowiedni przycisk.

-Halo?
Zacisnęłam mocno szczęki słysząc ten głos i odchrząknęłam czując w gardle nieprzyjemną suchość.
-To ja.Nathalie.
Spojrzałam na bramę,która otworzyła się z głośnym dźwiękiem i postawiłam parę kroków na przód.Wyszedł,zanim zapukałam do jego drzwi,a na twarzy miał wymalowane zdziwienie i zdezorientowanie.Najwyraźniej się mnie tu nie spodziewał.Nie mogłam powstrzymać westchnienia,patrząc na to jak bardzo się zmienił odkąd zobaczyłam go po raz ostatni.
-Witaj Nathalie.
Uśmiechnęłam się leniwie,machając mu lekko.
-Witaj Liam.

-Co sprowadza cię w moje skromne progi mała Nathalie?-Obserwowałam jego swobodne ruchy kiedy podchodził od barku z alkoholem i wyjął z niego dwie szklanki i butelkę szkockiej na której widok zaschło mi w gardle,a serce zaczęło mocniej bić.Dawno nie piłam.Głównie ze względu na Lil.
Jego pałaco dom można było porównywać do największego bogactwa (lecz z całą pewnością nie do skromnych progów) i nie miałam pojęcia czy to jego pieniądze,czy rodzice wybudowali mu tą chatę.Ale nie obchodziło mnie to,nie w tym momencie.Oparłam się  o wygodną kanapę.
-Szukam twojego przyjaciela.-Ręka,która nalewała alkohol do szklanki sztywnieje.Unosi głowę i marszczy czoło w pierwszej chwili zapewne nie wiedząc o co mi chodzi.-Nie udawaj Liamie.Wiem,że znasz kryjówkę tego tchórzliwego kutasa.-Wstałam gwałtownie z kanapy i podeszłam do niego uśmiechając się lekko,kiedy podał mi szklankę z burbonem.Jedna szklanka jeszcze nikogo nie zabiła,czyż nie?
-Masz na myśli Zayn'a?-Upił łyk i podszedł do kanapy sadowiąc się na niej z gracją.-nie rozmawiałem z nim od tygodni.
-Kłamczuch.-Uniosłam szklankę z alkoholem w jego stronę.-Mów co wiesz Liam.Nie mam ochoty słuchać już tego żałosnego, przywodzącego na myśl jedynie myśli samobójcze,zrezygnowanego,szlochu mojej siostry,która zachowała się jak ostatnia idiotka i zakochała się w tym odrzucającym palancie.-Podeszłam do niego i usiadłam tak gwałtownie,że whisky zakołysało się w szklance odbijając od jej ścianek.-To tragiczne,wiedzieć że jesteś jedyną normalną osobą w tym mieście,która nie zakochała się,nie zdradziła i nie zaszła w ciąże.Jestem tym kurewsko zmęczona okey? Wszyscy mówicie mi jaka to nie jestem zła i jak bardzo musicie sprzątać za mnie mój bałagan,,ale powiem ci coś w sekrecie Liamie.-Przybliżyłam swoją twarz bliżej niego i uśmiechnęłam się ironicznie.-To wy-pragnący miłości i szczęścia głupcy,cały czas pakujecie się w jakiegoś gówno.A ja-jestem osobą,która was z niego wyciąga. Ironia losu,czyż nie?
Upijam łyk,który pali mojego gardło a w moim żołądku wywołuje nieprzyjemne ciepło,mimo to śmieję się cicho.
-Jak można tak bardzo zrezygnować z życia,dla czegoś takiego jak miłość?
Pokręcił głową,jakby moje słowa były największą bzdurą jaką słyszał świat.
-Nie prawda Nathalie.Sądzisz,że miłość to coś co niszczy,ale się mylisz.-Uklęknął przede mną i położył dłonie ma moich kolanach delikatnie je masując.Patrzyłam na niego spod zmrużonych powiek.-Miłość buduje.Jest potęgą.To dla osób,które kochamy możemy  zabić.Możemy dla nich umrzeć.Jesteśmy silniejsi dzięki miłości,bo mamy tą jedną osobę-tą która może zostać na świecie sama,a ty wciąż będziesz szczęśliwy,bo to właśnie ona-ta osoba-to twoje szczęście.Szczęście to miłość.
-Mylisz się!-Wykrzykuję,odstawiając szklankę z trzaskiem na stół.-Moja siostra,jest zakochana i cierpi tak bardzo,że nie jestem w stanie opisać tego słowami.Wygląda,jakby miała ochotę wziąć nóż i przeciąć nadgarstki.JEST WRAKIEM.-Sycze jadowicie patrząc wprost w jego oczy.-To miłość ją wykończyła.Może ją nawet zabić.
-To nie miłość Nathalie.Tylko Zayn.
-A kochać Zayna to umrzeć.
Wypowiadam to cicho,ze ściśniętym gardłem i spuszczoną głową.Czuję jak moje oczy zachodzą łzami.Mrugam szybko,żeby się ich pozbyć.
-Ty wiesz o tym jak nikt prawda?
-Co?-Unoszę głowę zdezorientowana.
-Wiesz.-Unosi się z kolan i staje prosto upijając kolejny łyk alkoholu ze szklanki.Krzywi lekko usta.-szkoda mi ciebie Nathalie.Jesteś jeszcze młoda tyle rzeczy na ciebie spada.Chyba już przyzwyczaiłaś się,że twoje życie to jedna,wielka niekończąca się katastrofa.
Poprawiam się na siedzeniu wpatrując w szklankę jeszcze nie do końca opróżnioną przez moje usta.
-O co ci do diabła chodzi Liam?
Siadł obok mnie patrząc gdzieś przed siebie,jakby w tej chwili nie mógł znieść mojego widoku.
-Tylko tobie było nawet ciężej niż Liliane,bo ty nie musiałaś udawać tylko przed nią i przed Zaynem,ale też przed samą sobą.
Widzę mroczki przed oczami,kiedy topię usta w alkoholu i o mało co nie wypluwam go na drogie panele i puchaty,kremowy dywan pod moimi stopami.
-Przestań mówić jakimiś pieprzonymi zagadkami.Zaczyna mnie to nudzić.
-Wiem o wszystkim.Wiem,że jego związek z twoją siostrą to była bujda,i że był twoim byłym.Od początku to wiedziałem,Zayn wszystko mi mówił.Naprawdę myślałaś,że nie ma o niczym pojęcia?
Uchylam usta w szoku,opierając się o zagłowie kanapy.Drżącymi rękami odgarniam grzywkę z oczu.
-Jak..?-Zgryzam wargę i pozwalam łzom wypłynąć z oczu,nie przejmując się że ktoś je widzi chociaż tyle razy obiecywałam sobie,że nie mogę być słaba.Teraz wszystko przestaje mieć znaczenie.-Dlaczego ty...?
-Naprawdę myślisz,że mógłbym odbić mu jego miłość? Jest dla mnie jak brat,nie zrobiłbym mu tego.On tak naprawdę kocha tylko ciebie,chociaż sam o tym nie wie.A ja nie miałem zamiaru odebrać mu czegoś na co prawdopodobnie już nigdy się nie zdobędzie.
-Nic nie wiesz.-Mówię ze łzami wa gardle.Przełykam je powoli.-On nie kocha.Bo nie potrafi.
-To nie prawda!-Podnosi głos na co minimalnie się wzdrygam.-Wasza gra powoli zaczyna mnie denerwować okey? Oboje nie chcecie się przyznać,że się po prostu kochacie.Nie rozumiesz? Gubicie się w pieprzonym labiryncie kłamstw.On ze swoją dumą i wizerunkiem wiecznego,nieczułego potwora i ty...ze zranionym sercem,ślepo wierząc że robi to tylko dlatego że chce zatruć twoje życie dla zabawy.
-Kłamiesz!-Mój wrzask odbija się od ściany willi.Wstaję wstrząśnięta i zaczynam przemieszczać się po pomieszczeniu.To co czuję...sama nie wiem -trafia do mnie z tak dużą mocą.Jestem zaskoczona,zwykłam być opanowana w takich sytuacjach.Wskazuję na niego.-Ty i twój pożal się Boże przyjaciel nie jesteście warci zaufania.Lojalność,miłość,dobroć.To jest to czego nigdy nie będziecie mieć w swoich zgorzkniałych,zepsutych sercach.
Jego śmiech jest tak bardzo sztuczny.Aż rani moje uszy.
-I kto to mówi?-Kręci głową upijając łyk ognistego alkoholu.-Ty z nas wszystkich jesteś tą która okazała się najbardziej nieczuła.Okłamujesz swoją siostrę,ranisz ją swoimi wybrykami,zdradzasz z jej chłopakiem,w jej domu.Kto wie czy nie robiliście to w jej pokoju.-Parska drapiąc swoje już krótkie włosy.Patrzę na pierścień który błyszczy mu na palcu serdecznym i przełykam gorzką ślinę.-Jak śmiesz? Jak śmiesz wytykać mi nieczułość...
-Ty też go zdradziłeś.
Wpadam mu w słowo na co patrzy na mnie zaskoczony.
-Co?
Prostuję ramiona a potem lekko nimi poruszam.Patrzę na swoje  dłonie.
-Zdradziłeś Zayn'a,swojego przyjaciela z jego dziewczyną.
-On jej nie kocha.-Mówi jakby to był najlepszy argument na świecie.
-Nawet jeżeli,to co z tego?-Unoszę głowę i obnażam zęby w przebiegłym uśmiechu.-To było jego dziewczyna.A ty z nią spałeś mimo,że ciebie kocha naprawdę,jako przyjaciela.-Podchodzę do niego.-Jako brata.A ty tak po prostu wpakowałeś się do jego łóżka.
Blednie.Jego zagubiony wzrok sprawia,że moje serce mięknie,ale jedynie na moment.I już wiem,że go mam.
-Nie wiem jak ty,ale ja znam Zayna doskonale.-Unoszę brodę wysoko.-I wiem,że mu się to nie spodoba.Ponad wszystko ceni sobie lojalność,a Ty Liamie.-Obracam szklankę w chudych palcach i decyduję się upić z niej łyk.-Zdradziłeś go.Sam pomyśl,to było by tragiczne,gdyby wasza niedozgonna przyjaźń zniszczyła dziewczyna.
Patrzy na mnie nerwowo przełykając ślinę.Zerkam na jego jabłko Adama,które poruszyło się przez ten gest.
-I co zrobisz? Powiesz mu?-Nie brzmi pewnie.-Równie dobrze ja mogę powiedzieć o wszystkim Liliane.
-1:1 Liam.-Oblizuję usta,kiedy patrzy na mnie zaintrygowany.-Ja mam haka na ciebie ty na mnie.Co ty na to,abyśmy zawarli umowę korzystną dla obu stron?
Jego uśmiech zostaje zgaszony kolejnym łykiem alkoholu.Zgryza wargę jakby się nad czymś zastanawiał.
-Zamieniam się w słuch mała Nathalie.



***

 -Wiem tyle,że jest w Bradford,ale to raczej mało przydatne.
-Czemu?
Clar poprawia się na kanapie i dotyka już dużego brzucha dłońmi głaszcząc go powoli.Wpatruję się w to z jaką czułością to robi,jakby już go kochała a nawet się jeszcze nie urodziło.Pomyślałam,że też chciałabym by ktoś był dla mnie tak ważny i chciałabym umieć z taką otwartością wyznawać miłość.Słysze w uszach słowa Liama,kiedy wypominał że to ja jestem najbardziej nieczuła.Dopiero teraz tak naprawdę to widzę.
Jestem definicją wszelkiego zła.
-Niby co mam z tym zrobić Kira?-Opróżniam do końca kubek z kawą.-Nie mogę do niego pojechać.
-Czemu?
-Wścieknie się.-Przyznaję,potem pomagam jej wziąć szklankę z wodą nie mogąc patrzeć jak nieudolnie radzi sobie z tak łatwymi czynnościami.Ciąża to przekichana sprawa.
-I co z tego? Stara twoja Lil za niedługo wypłacze sobie oczy.-Brunetka gryzie herbatnika.Jej oczy się mrużą kiedy myśli na głos,chrupiąc przy tym cicho.-Może ona naprawdę myśli,że to przez nią on zwiał?
Kłamstwo jest moją zgubą i doprowadzi mnie do śmierci (jestem tego pewna).A ja,wspaniałomyślnie na to wpadając postanowiłam tym razem zagrać czysto i powiedziałam Kirze o tym,że spałam z tym cholernym draniem.Ale nie wińcie mnie,zawsze kłamałam i to nie kończyło się dobrze (zwykle kończyło się gorzej niż źle).
Prostuję się na krześle.
-Nie mam pojęcia,ale wiem  dlaczego zwiał naprawdę.
Zdumiona wypluwa ciastko na tunikę.Patrzę na nią zniesmaczona.
-Serio?
- Tak.Jest tylko jeden powód dla którego Zayn pojechałby do Bradford.
Strzelam karkiem,przechylając głowę w prawo i lewo.Kira upija łyk wody patrząc na mnie wyczekująco.
-Jego rodzina.-Zaciskam usta w wąską linię.-I obawiam się najgorszego.


  *****
Sorry że tak długo,ale bez obaw- będę dla was pisała,nawet gdyby było was tylko dwoje :)
see you soon :D
UWAGA!
Oto spojler do kolejnego rozdziału:
 ,,-Możesz się pieprzyć.Ty i twój braciszek.To wasz taniec,ja nie znam do niego układu.-Mój uśmiech był nieszczery,kiedy ponownie skierowałam swoje spojrzenie na jego usta.-Właśnie wypadam z gry."
,,- Masz przy swoim boku dwóch czarnowłosych bogów seksu,którzy bardzo chętnie by się tobą zajęli i nawet nie potrafisz tego dobrze wykorzystać"
,, -Nie chcę być taki jak on.-Otworzył usta a pojedyncza łza popłynęła po jego policzku.-Nie chcę być potworem."
,, -Nie umieraj.-Wyszeptałam ledwo słyszalnie w jej włosy.
Nie sądziłam,że tak właśnie będzie wyglądał koniec"

wtorek, 5 stycznia 2016

Maybe I love You.Rozdział 31.

Powodów dla których w nocy nie mogłam usnąć był mnóstwo.Wlewałam w siebie kawę i energetyki kilka razy dziennie.Czemu? Sama nie znałam powodu.Piłam kawę,nie spałam całą noc,a potem znowu piłam kawę.To wydawało się nie mieć końca.Jeżeli nie wypiłam kawy zdarzało mi się zdrzemnąć w szkole,a kiedy ją piłam nie mogłam spać w nocy.
Bądź tu mądrym.
Przekręciłam się na plecy i otworzyłam oczy.Było ciemno,3 w nocy a ja nadal nie miałam ochoty na sen.Najgorsze było to,że jak człowiek nie może spać to myśli i myśli i nie może przestać nawet jeżeli bardzo tego chce.Ze mną było podobnie.Myślałam o wszystkim o Zaynie,co teraz robi i gdzie jest.O Liliane i o jej poczuciu winy.Pewnie teraz siedzi i płacze w swoim pokoju przytulając się do jednej ze skórzanych kurtek Zayn'a i wdychając jej zapach.Skrzywiłam się.Gdyby wiedziała...gdyby wiedziała co on robił.ile razy ją zdradził i nie miał przy tym skrupułów.Bez jakiegokolwiek żalu dla ich związku.Pewnie teraz pieprzy jakąś blondynkę w jednej z kabin klubowych,podczas gdy ona tak bardzo cierpi.Pewnie jest pijany.Naćpany.Pewnie wda się w jakąś bójkę.Narobi sobie problemów.Pewnie nie będzie tego żałował,będzie miał to gdzieś,będzie zadowolony,że znowu kogoś wkurzył,że znowu ktoś przez niego cierpi.Będzie pobity i szczęśliwy bo to idiota Zayn.Nikt go nie zrozumie.Jestem ciekawa czy sam siebie rozumie.Będzie chodził po Londynie,zahaczając o inne kluby i pieprząc każdą marionetkę.Będzie palił.Będzie sobą.
Będzie Zaynem.
Myślę o Kirze i o tym czy jeszcze nie zwymiotowała na dywan w moim salonie.Wiem,że powinnam do niej zejść i zobaczyć jak się czuje,ale nie mam na to siły. Zasłużyła na to,wiedziała,że nie może pić,wiedziała że jest w ciąży,że to może zaszkodzić dziecku.Oddycham ciężko przez nos.Jest bardziej nieodpowiedzialna niż ja.
Chociaż może trochę przesadziłam.
Zamykam oczy starając się usnąć,ale nie mogę.Przez głowę przewija mi się tysiące myśli,o szkole,o nauce,o Kirze,Harrym,Zaynie,Liliane,matce,ojcu,babci o pogodzie,o słońcu,deszczu,o dziecku,które Kira może zabić,o alkoholu który chciałabym mieć w swoich ustach,o Gabrielu.O przyszłości,przeszłości,teraźniejszości.O Casianie,jego czarnych oczach,o marionetkach Zayn'a, o jego ojcu.
Wstaję gwałtownie z łóżka i krzyczę nie mogąc już tego znieść,ale tylko w głowie.Tak naprawdę jedynie przyciskam twarz do poduszki i piszczę w nią,a potem płaczę chcąc,żeby był już ranek.

Otwieram szeroko oczy,słysząc dźwięk dzwonka mojego telefonu i przeklinam głośno mój lekki sen i osobę,która ośmieliła się do mnie dzwonić,akurat kiedy zdołałam zasnąć.Dlaczego nie wyciszyłam cholernego telefonu?
-Czego?-Chrypię,nie otwierając oczu do mojego rozmówcy.
-Hej Nathalie,tu ja Harry.-Unoszę brwi.-Masz dziwny głos,coś się stało?
Prycham,siadając na łóżku.
-Tak jakby.Tylko spałam,nie przejmuj się.-Ironizuję,ale on o tym nie wiem,bo oddycha z ulgą.
-Wybacz,nie chciałem cię obudzić,ale nie miałem pojęcia że o 13 godzinie w poniedziałek jeszcze możesz spać.
Marszczę brwi.13 godzinie? Nie miałam pojęcia..Liliane,powinna mnie obudzić,a tym czasem pewnie sama śpi wyczerpana całonocnym płaczem.
Wzdycham.
-Dzwonisz z jakiegoś powodu Harry?-Wstaje z łóżka kierując swoje kroki w stronę kuchni.Strasznie chce mi się pić.
-Tak,tak.-Wyjmuję wodę z lodówki i odkręcam ją upijając kilka łyków.Jest tak lodowata,że gardło boli mnie jakby było poranione,kiedy ją przełykam.-Chciałbym sie z tobą spotkać.
Krztuszę się wodą.Boże..pewnie chodzi o Kirę,Spoglądam na kanapę w salonie i z ulgą stwierdzam,że śpi jeszcze.Gdyby Harry wiedział co ona wyprawia,zabiłby ją.
-Aha.-Odpowiadam tępo,opierając się o szafkę i upijając jeszcze trochę wody z butelki.
-Chyba,że nie masz czasu..
-Mam.-Przerywam mu szybko.-O piątej,tam gdzie zawsze?
-Jesteśmy umówieni.-I rozłącza się,a ja odkładam telefon na blat.Zerkam  w stronę czarnowłosej.Cholerna Kira,zawsze musi narobić sobie problemów.
Jest gorsza ode mnie.
Dobra,może trochę przesadziłam.Jest tylko odrobinę lepsza ode mnie.
Większą odrobinę.
Połowę?
Nieważne.Podchodzę do śpiącej królewny i podrzucam butelkę wody w mojej ręce a potem nachylam się nad jej ciałem,ustami prawie dotykając jej ucha.
-Wstajemy!-Mój wrzask jest na tyle głośny,że jestem niemal pewna,że  nawet Liliane się obudziła.A ona ma serio twardy sen.Krztuszę się ze śmiechu,a potem wybucham jeszcze głośniejszym,kiedy widzę jak Clar spada z kanapy przestraszona i zdezorientowana.Gdyby ktoś zrobił mi coś takiego na kacu,pewnie bym go zabiła.Opieram się o framugę drzwi,uśmiechając ironicznie.
-No hej.-Widząc mord w jej oczach,chichoczę.
-Jesteś pojebaną suką.-Syczy,pomału podnosząc się z podłogi na łokciach. Parskam śmiechem i rzucam jej butelkę wody,którą łapie.Upija kilka  łyków i dodaje.-Centralnie pojebaną.
-Mam nadzieję,że czujesz się dwa razy gorzej niż wyglądasz,a wiesz mi kochanie.-Podchodzę do niej i pstrykam ją palcem w noc.-Wyglądasz jak gówno.
Upija jeszcze trochę wody i z ulgą opada na kanapę.
-Wielkie dzięki,przyjaciółko.
-Ta przyjaciółka wczoraj wlekła cię dobre trzy kilometry do własnego domu,pozwoliła ci spać we własnym domu,na własnej kanapie,kryła cię przez twoim kochasiem-Moje palce zaczynają kolejno wyliczać.-Dała ci wodę na kaca i...
-Wrzasnęła prosto do ucha,pokazując tym samym jak bardzo mądra jest.-Przerywa mi,znowu odkręcając butelkę wody.Patrzę na to jak pije,a potem idę do kuchni,gdzie nastawiam wodę na dwie kawy.
-To drobiazg.-Przewracam oczami.
-Moja głowa.-Łapie się za skronie.-Pęka,dosłownie pęka.
-Jesteś tak głupiutka.A myślałam,że tylko ja opiłabym się nawet w ciąży.
Unosi brew,podnosząc się z kanapy.
-Wiesz.-Odwracam się w jej stronę z figlarnym uśmieszkiem.-Harry dzisiaj zaprosił mnie na jakąś gównianą pogadankę.Za pewne o tobie.
Prawie wypluwa wodę na podłogę,siadając z wrażenia na krześle barowym,tuż przy wyspie na środku kuchni.Oblizuję suche usta,poprawiając grzywkę.
-Daj spokój,stara.Nie będzie aż tak źle.Dobrze wiesz,że wolałabym umrzeć,niż na ciebie nakablować.
 Kręci pomału głową,a potem zamyka oczy.Jest tak blada,a sińce pod jej oczami są bardziej widoczne niż mogłabym się spodziewać.Krzywię się.To nie jest zwyczajny kac.To kac kobiety w ciąży.Przekichana sprawa.
-Niczego nie rozumiesz.-Odwracam się do niej plecami i wyjmuje kubki z szafki a potem wsypuję do nich kawę.-To jego test.Chce mnie sprawdzić.Nie ufa mi.
Zalewam kawy wrzątkiem i cukruję je,zasysając metaliczne powietrze ustami.
-Dziwisz się mu?-Podaję jej gorący kubek i sama biorę swój.
-O co chodzi?-Mruga zdezorientowana na co jedynie wywracam oczami.Nie kapuje? Nie kapuje,że mogła zabić siebie,dziecko które teraz pewnie cierpi w jej brzuchu? Jak można być tak cholernie pustym?
-Słuchaj,obje wiemy że zachowałaś się jak ostatnia kretynka,sama to przed sobą przyznaj Clar.-Szokujące jest to,że brzmię trochę jak moja siostra.Na tę myśl mam ochotę zwymiotować,ale nie zamierzam ukrywać co tak naprawdę o tym myślę.Ona nie tylko truła siebie,truła też dzieciaka.Jej dzieciaka.
-Słucham?-Mruga szybko oczami jak jaszczurka,a ja już wiem.Wiem,że jest na mnie zła.Trudno.Powiedziałam tylko prawdę.-Co właśnie,kurwa powiedziałaś? Ty? Osoba która upija się średnio kilka razy w tygodniu,kończy w szpitalu na odwyku,pali i ćpa regularnie? Chodzi na pieprzone imprezy w ciągu tygodnia...?
-Przestań Clar.-Odkładam z trzaskiem kubek na blat,a zawartość wylewa się na płytki.-Po prostu kurwa przestań.
-Przestać z czym?
-Z tym całym gównem.-Warczę podchodząc do niej.-Ja kurwa nie zrobiłam sobie dziecka w wieku 16 lat.Ja truję tylko siebie,a nie innego człowieka,które nawet jeszcze nie zaczerpnęło pierwszego oddechu.
Na jej bladych policzkach pojawiają się rumieńce wściekłości,na co oddycham szybciej.Szykuje się.Pieprzona kłótnia w naszym wykonaniu.Kolejna.
-Pieprzona święta Nathalie.-Ironizuje,również się zbliżając,na co parskam sucho.-Od kiedy stałaś się taka poukładana?
-Nie wywracaj kota ogonem,idiotko.-Syczę wściekle.
Uspokój sie.Nie chcesz się kłócić.
 -Schlałaś się wczoraj jak nienormalna i teraz postanowiłaś udawać taką wielce mądrą? Powiem ci,że w ciąży zamiast zmądrzeć stałaś się jeszcze głupsza.
Widzę jak zdenerwowana drapie się po nadgarstku,a potem obdarza mnie chłodnym spojrzeniem ciemnych oczu.
-Myślałam,że jesteśmy przyjaciółkami,że mnie zrozumiesz,a ty wytykasz mi błędy gorzej niż własna matka.
Zagryzam wnętrze policzka,biorąc gorący kubek w ręce,i moczę wargi w parzącej kawie.
-Musisz to zrozumieć,Clar.-Wzdycham odwracając się do niej.Już nie krzyczymy.Patrzymy spokojnie na swoje twarze.Może jednak obejdzie sie bez kłótni.-Nie jesteś w tym sama.Kiedy się upijesz,kiedy zaćpiesz,kiedy będzie jarać.Nie trujesz tylko siebie.Trujesz też twoje dziecko.Wasze dziecko.-Poprawiam sie,upijając kolejny łyk gorącej kawy.-Po prostu...musisz przystopować.Nie mówię to,żeby cie opieprzyć,mówię to bo już nastawiłam się na to ,że będę ćpała z twoim synem.
Kiedy usłyszałam jej głośny,szczery śmiech też nie mogłam powstrzymać nikłego uśmiechu wpływającego na moje poparzone usta.
-Albo córką.
Kręcę głową.
-Nie,nie nie.Lepiej,żeby to był syn.Drugiej Clar nie zniosłabym,na serio.
Uśmiechamy się do siebie,a potem siedzimy i pijemy kawę.
Obeszło się bez kłótni.Na szczęście.


Zaciągam się po raz ostatni a potem rzucam niedopałek papierosa na ziemie.Odchylam głowę do tyłu i uśmiecham się lekko,kiedy promienie słońca muskają moją twarz.Lato zbliża się dużymi krokami.Wakacje z resztą też.Całe szczęście, szczęśliwie udało mi się pozdawać z każdego przedmiotu,prócz francuskiego.No i oczywiście mam nie opuszczać zajęć.Ot co,moje ultimatum na zakończenie ostatniej klasy.Wiem,że dam radę.Musze się jakoś ogarnąć,żeby nie przysparzać Liliane więcej problemów.Zayn'a nie ma dopiero jeden dzień,a ona płacze jakby nie widziała go przez długie miesiące.Krzywię usta w grymasie niezadowolenia.Ona naprawdę go kocha.Uzależniła się od niego,tak jak ja kiedyś.Zayn to narkotyk.Spróbujesz raz,nigdy nie przestaniesz pragnąć..Nigdy nie przestaniesz kochać tego uczucia w tobie kiedy jest blisko.Nie wiedziałam gdzie teraz sie podziewał.W sumie,nawet mnie to nie interesowało.RESET. Udawałam,że mnie to nie interesuje.W środku rozsadzało mnie na myśl o tym,że być może już uciekł.Wiedziałam,że byłby do tego zdolny,mimo wszystko nie chciałam przyjąć tego do wiadomości.
Zaciskam mocno usta w wąską linię i naciskam klamkę kawiarni,a potem pewnym krokiem zmierzam do jednego z wolnych stolików.Podchodzi do mnie przystojny kelner i lustrując mnie wzrokiem formuje na ustach zadziorny uśmieszek.Oblizuję usta.Całkiem niezły.Chyba jest nowy,bo nigdy nie widziałam,żeby tu obsługiwał,a ja jestem częstym bywalcem tej kawiarni.Mają najlepszą czekoladę na całym świecie!
-Co dla ciebie?
-Biała kawa.-Mruczę,unosząc prawy kącik ust w górę,przez co uśmiech wydaje się zadziorny.
-To wszystko?-Czy mi się wydaje,czy jego głos jest niższy?
-To wszystko,złotko.-Puszczam do niego oczko na co jedynie śmieje się cicho i i posyłając mi ostatnie spojrzenie odchodzi.Kładę dłonie na udach i lekko je pocieram.Ciekawe co teraz robi Liliane.Wyciągam telefon z kieszeni i wybieram jej numer.Pierwszy,drugi,trzeci sygnał.Włącza się sekretarka.Próbuję po raz kolejny i jeszcze raz,ale siostra nie odbiera.
-Cholera.-Warczę,odkładając telefon z trzaskiem na stolik.Unoszę wzrok,słysząc jak drzwi kawiarni się otwierają.To Harry.Mierzę go wzrokiem.Wygląda jak zawsze,schludnie i seksownie.Zagryzam wnętrze policzka.Ta czarna idiotka,nazywa moją przyjaciółką,nie wie jakie ma szczęście,że spotkała kogoś tak dobrego.On się o nią martwi a ona urządza sobie jakieś libacje.Idiotyzm.Czysty idiotyzm.Podnoszę się z krzesła,obejmując go lekko i składając lekki pocałunek na jego policzku.Też to robi i zajmuje miejsce na przeciwko mnie.
-Wybacz,że zawracam ci głowę Nathalie.-Mówi ze swoją chrypką w głosie,na co jedynie macham na niego dłonią.Podchodzi do nas seksowny kelner z moim zamówieniem,a Harry zamawia u niego wodę.Lustruję jego bladą twarz wzrokiem,stwierdzając po dłuższej chwili że jego policzki są bardziej wystające.Schudł!
-Co jest,H?
Patrze jak oblizuję nerwowo usta i rozgląda się na wszystkie strony,jakby bał się,że ktoś może nas podsłuchiwać.Zaczynam się poważnie niepokoić.
-Dobrze wiesz Nathalie,co jest.-W jego głosie słyszę nutę żalu,na co jedynie marszczę brwi.-Nie jesteś głupia,widzisz co dzieje się z twoją przyjaciółką.
Nie odzywam się,przypominając sobie własne słowa.
Dobrze wiesz,że wolałabym umrzeć,niż na ciebie nakablować.
Wypuszczam pomału powietrze przez usta.No,niekomfortowa sytuacja.
-Clar straciła zdrowy rozsądek.kompletnie jej odbiło.Rozumiem,że hormony i tak dalej,ale żeby aż tak szaleć?
Drapię się w tył głowy.Hormony.Nie można zganiać wszystkiego na hormony.Cholerni mężczyźni nigdy niczego nie czają.Oni też mają hormony i jakoś się tego nie czepiamy.
-Słuchaj Harry.-Zamykam oczy,a potem znowu je otwieram zastanawiając się co mogłabym mu powiedzieć.-Czego ode mnie oczekujesz?
-Sam nie wiem.-Wzrusza ramionami zerkając na kelnera,który stawia przed nim wodę,a potem odchodzi.Patrzę na moją kawę i mrużę oczy kiedy widzę karteczkę z numerem telefonu pod filiżanką.-Nie daję sobie z nią rady,naprawdę.
Ukrywa twarz w dłoniach i kręci głową,przez co jego loki lekko sie unoszą.Robi mi się go żal.On pracuje i jakoś oswaja się z myślą o przyszłym ojcostwie a ona..ona robi coś takiego.Nie rozumiałam jej.Miała wszystko,nie doceniała tego.
-Ona..ja..gadałam z nią dzisiaj.-krztuszę cicho.Nie kabluję na nią,tylko mówię jak jest.Nie powiedziałam niczego co mogłoby sprawić,że byłaby na mnie zła.
Jeszcze.
Unosi na mnie swój wzrok,a ja widzę że jego brwi są zmarszczone.
-Była dzisiaj u ciebie? Miała się przecież nie ruszać z domu!
Unoszę brwi,drapiąc się mocno po policzku.
-Harry?-Oblizuję dolną wargę.-Nocowałeś wczoraj w domu?
Bierze szklankę wody w ręce i upija z niej łyka,co po chwili robię i ja ze swoją kawą.
-Nie.-Wzrusza ramionami,jakby zawstydzony.-Nocowałem u kolegi.Pokłóciliśmy się,więc po prostu wyszedłem.
Dlatego się upiła,przemknęło mi przez myśl.
Przypomniałam sobie,jak na niego narzekała,że ją wykończy zanim urodzi i zdałam sobie sprawę,że to nie on ją wykończy,ale ona jego.
-Clar też nie nocowała w domu.-Wyznaję,ale powstrzymuję samą siebie przed wypowiedzeniem całej prawdy.-Ona..była podłamana no i wiesz.Przyszła do mnie.
Całkowicie upita,dodaję w myślach.Nie jestem kablem,nigdy nim nie będę.
-O czym gadałyście?
-O niczym konkretnym.-Kłamię po raz kolejny.Idzie mi to tak gładko,jakbym była samym Zaynem,który umie ułożyć beznadziejną historyjkę w zaledwie kilka sekund,a i tak każdy mu wierzy.Ludzie byli ślepi.Nie widzieli prawdy.-Coś tam gadała o tym,że się żrecie no i..powiedziałam żeby przestała się nad sobą użalać,że ma dziecko,powinna być silna.-Wzruszam obojętnie ramionami.-I inne bzdety.
-Żremy się?-Prycha kpiąco pociągając kolejnego łyka ze szklanki.-To za mało powiedziane.My się kłócimy 24 na dobę i szczerze mam już tego serdecznie dość.
Podskakuję na siedzeniu,a potem przysuwam twarz bliżej niego.
-Nie mów tak,nie możesz tak mówić Harry.-Kręcę głową.-Macie dziecko,musicie jakoś to przetrwać,pogadam z nią znowu jeżeli będzie trzeba,ale nie zostawiaj jej.
Prawię go błagam,na co patrzy na mnie jakby sceptycznie nastawiany na cały pomysł  dalszego związku z Clarissą.
-Porozmawiasz? Nathalie,ona nie ma pięciu lat.Powinna zdać sobie sprawę z tego co robi.I komu to robi.-Podnosi się z siedzenia a ja patrzę na niego tępo.-Pieprzy sobie życie,na własne życzenie.-Całuje mnie w policzek a potem wychodzi uprzednio płacąc za moją kawę i swoją wodę.
Patrzę w okno,zaciskając palce na brzegu drewnianego stolika a potem zdmuchuję  ozdobną świeczkę,która na nim stoi..Cholerny Harry.Cholerna Clar.
Cholerna miłość.


Kreślę jakieś beznadziejne ślaczki na końcu zeszytu,a potem w złości piszę pieprzyć wszystko,dużymi literami,dziurawiąc kartkę w niektórych miejscach.
Muszę siedzieć z głupimi kujonkami na historii w taki ciepły dzień,bo inaczej mogę pożegnać się ze zdaniem do następnej klasy.Moja frekwencja jest naprawdę słaba,opuściłam dużo godzin i podczas kiedy wszyscy uciekają z lekcji,bo mają już wystawione oceny ja muszę tu gnić i na te myśl,aż szlak mnie trafia.Rozglądam sie po klasie i zauważam jeszcze kilka plastikowych idiotek,które chichoczą do siebie,malując paznokcie.Przewracam oczami.Naprawdę nie mają co robić,tylko zanieczyszczać powietrze smrodem ich pieprzonych lakierów.Wyciągam elektryka z kieszeni,mając gdzieś że nauczyciel siedzi przede mną.I tak ma nos w dzienniku.Zaciągam się mocno,a potem wypuszczam gęsty dym tworząc z niego kółka.Olejek pali mój język na co się krzywię.Wolałabym zwykłego papierosa,ale chyba to już byłaby lekka przesada.Oblizuję słodkie usta,później znowu się zaciągając.Dwie dziewczyny,patrzą na mnie i uśmiechają się przyjaźnie widząc co robię,na co marszczę brwi,lekko odwzajemniając ich gest.Patrzę w stronę okna wydmuchując dym w tamtą stronę,,,Uważaj" Słyszę cicho i marszczę brwi w dezorientacji.,,Schowaj papierosa" Robię co każe głos ,co okazuje się dobrym pomysłem bo nauczyciel patrzy w stronę mojej ławki.Na szczęście nie zauważa elektryka.Podnosi się z krzesła i wychodzi z klasy,a ja ponawiam poprzednią czynność.Rozglądam się po klasie,znowu dostrzegając dziewczyny.Patrzą na mnie chichocząc,ale nie jest to drwiący chichot,raczej pełen aprobaty.Orientuję się,że to one uratowały mi tyłek.
-Dzięki laski.-Dmucham w ich stronę dymem,a one śmieją się głośno i podchodzą do mojej ławki,siadając przede mną.
-Jesteś zajebista.-Mówi jedna z nich.Lustruję ich sylwetki wzrokiem a potem uśmiecham się lubieżnie.Są ładne.Jedna z nich ma krótkie,kręcone rude włosy i ciemne oczy.Na bladych policzkach widać piegi,które sprawiają że jest bardziej urocza.Jej przyjaciółka jest brunetką i ma niebieskie oczy,podobne do tych Niall'a.Są niskie i wyglądają na miłe,nie zauważyłam ich wcześniej.W ogóle,co takie osoby jak one,robią tutaj?
-Widziałyśmy ostatnią akcję ze słynną ofiarą losu,biedną Gabriellą Locwood.
-Nieźle jej dowaliłaś.
-Pokłony.-Ruda kłania się teatralnie wzdychając,na co dmucham w nią słodkim dymem.Orientuję się,że one tak samo jak ja nie znoszą Lockwood,przez co jeszcze bardziej zyskują w moich oczach.
-Dzięki słońca.
Śmieją się,zerkając w stronę pustych laleczek, co i ja robię  po chwili.Patrzą na nas z minami,które chyba powinny być groźne.Śmieszne jest to,że wyglądają jak jakieś pieprzone klony.Te same czerwone usta,wytuszowane rzęsy i za dużo pudru,który nawet nie jest rozsmarowany na twarzy tak jak trzeba.Krzywię  się mimowolnie.Obrzydlistwo.
-Jestem Sunny.-Odpowiada ruda,wyciągając dłoń w moją stronę.Ujmuję ją,zauważając że te imię do niej doskonale pasuje.Promienieje jak słońce i jest śliczna ja ono.
-A ja Olivia.-Przyjmuje dłoń ciemnowłosej.Olivia.Oliwkowa cera,delikatna i słodka.Dobrały się,nie ma co.
-A ja Nath..
-Wiemy kim jesteś.-Przerywa mi Sun,na co marszczę brwi.
-Każdy wie,kim jesteś.-Mówią chórkiem.Opieram sie o krzesło,zaciągając się elektrykiem.
-Dlaczego?-Mówię bardziej do siebie niż do nich,ale odpowiadają.
-Jesteś jedną z najpopularniejszych lasek w szkole.
Przełykam głośno ślinę,zdezorientowana.Nigdy się nie zastanawiałam nad tym co myślą o mnie ludzie w szkole.Mało ktokolwiek z niej mnie obchodził,miałam przyjaciół głównie starszych,którzy albo ukończyli szkołę,albo chodzą do  innej.Odstawiałam za to wiele razy rzeczy,których czasem się wstydzę.Nie wiedziałam,że mam obserwatorów,że kogoś może obchodzić co ja,Nathalie Green, wyprawiam,jak pieprzę sobie życie,jak bardzo dyrektorka mnie nienawidzi.
-Serio?
-Raczej.-Olivia robi dziwny gest dłonią na co śmieję się cicho.-Jeszcze po tej akcji z Gabriellą.Byłyśmy przy tym.Należało się jej za to co powiedziała o Clar.
Rozsiadam się wygodniej na miejscu.Clar.Hm..znają ją dobrze? Ciekawe czy i ona ich zna.
-Mam przez tą sukę poważne problemy.-Oznajmiam chłodno, przenosząc wzrok na blondynkę,która też na mnie patrzy.Kiedy nasze spojrzenia się krzyżują,widzę w jej oczach strach na co uśmiecham się ironicznie.-Ale bez obaw,załatwię to.
-Raczej,że załatwisz.-Sunny kiwa głową,jak posłuszny piesek.Nie wiedziałam,że zapoznam nowych znajomych tuż przed zakończeniem roku szkolnego.Wiem,że to nie dobre,ale postanawiam jakoś wykorzystać tę znajomość.
-Mam do was małą prośbę.
-Dla ciebie wszystko.-Lubią mnie.Wspaniale się składa.Uśmiecham się lekko,zerkając w stronę Gabrieli,która udaje,że słucha swoich koleżanek,ale wiem jak patrzy w moją stronę nerwowo.Boi się,że ją zaatakuję,ale muszę mieć jakiś plan w zanadrzu.Nie mogę znowu jej skrzywdzić fizycznie,to byłoby głupie z mojej strony.Po akcji z nią czekają mnie poważne problemy,nie mam zamiaru puścić jej tego płazem.
-Znajdźcie informacje,które pomogłyby mi upokorzyć Gabrielę Lockwood.



Poprawiam szelki mojego czarnego plecaka i opieram się o szafkę patrząc na Casian'a.Stoi ze swoimi kolegami,którzy patrzą na niego jakby był bogiem.Uważnie go słuchają,od czasu od czasu dorzucają coś od siebie,pewnie kiedy tylko ich o coś zapyta.Śmieją się z jego żartów i już na pierwszy rzut oka widać,że go uwielbiają.Marszczę brwi.Myślałam,że ma taki wpływ tylko na dziewczyny.Może są gejami? Ale wszyscy? Na Boga,jest ich chyba z ośmiu.
Moje przypuszczenia okazują się bezsensowne,bo do przystojniaków już po chwili podchodzą dziewczyny i całują w usta lub policzek.
Nie są gejami.
A później dociera do mnie,że Malikowie działają tak na wszystkich.Każdy kto ich pozna nie może uwierzyć że ktoś tak niesamowity może być w ogóle człowiekiem,a ten kto ich nie zna, marzy żeby chociaż z nimi porozmawiać.To chore,bo mnie też do nich ciągnie,mimo że skutecznie (przynajmniej w przypadku Casiana) udaje mi się to ukrywać.
Wyciągam z kieszeni elektryka i zaciągam sie nim mocno,a potem wypuszczam kółka uśmiechając się lekko.Casian zatrzymuje na mnie swoje ciemne tęczówki i prawie niezauważalnie się uśmiecha.Wie,że czekam na niego,ale za nic w świecie sama bym do niego nie podeszła.Mam czas.Dziwię sie,że w ogóle jest w szkole.Rzadko kiedy go w niej widzę.Dużo wagaruje,ale nauczyciele i tak mają to gdzieś.Bo w końcu kto zrobiłby cokolwiek cudownemu Casian'owi Malikowi?
Stawia kroki w moją stronę i robi to tak zgrabnie,każdy jego ruch jest tak pewny,jakby był tancerzem.Oblizuje usta i dotyka opuszkiem kciuka, nos,odwracając głowę w prawą stronę,jakby chciał sprawdzić czy ktoś na nas patrzy.Przełykam ślinę.Zayn też często tak robił.Nienawidziłam tego,że byli do siebie tak podobni.Nie tylko ich wygląd,a gesty i ta pewność siebie.Kiedy jest blisko,mierzę jego niesamowicie zbudowaną sylwetkę wzrokiem.Ma na sobie czarną bluzkę opinającą jego mięśnie,czarną bluzę i tego samego koloru dżinsy.Do tego białe supry,a na głowie typowego snapback'a w czarnym kolorze z nike,odwróconego tył do przodu.
-Green.-Kiwa na mnie głową,a potem przysuwa twarz bliżej mojej twarzy i składa na moich ustach pocałunek.Otwieram buzie pełną słodkiego dymu,a on chyba rozumie o co mi chodzi i także uchyla swoją.Wdmuchuje dym do jego ust,a on zaciąga się lekko i odsuwa ode mnie wydmuchując resztkę w powietrze.Jego różowe usta są tak kusząco rozchylone i przez chwilę zastanawiam się czy mogłabym go pokochać tak mocno jak Zayn'a.Był równie piękny i równie arogancki,ale chyba odrobinę mniej egoistyczny.W dodatku każdy jego ruch był uroczy nawet jeżeli palił lub wykrzywiał usta w grymasie.Wszystko,sposób mówienia,postawa mówiły jedno-cholernie słodki diabeł
-Nie ukrywam,że fajnie się na ciebie patrzy,ale wołałbym żebyś wreszcie powiedziała co chodzi po twojej czarnej główce.
Zaciągam się elektrykiem-zdążyłam polubić jego smak-a potem spoglądam na niego.
-Skąd pomysł,że czegoś od ciebie chce?
-Gapiłaś się na mnie,poza tym,Green.-Nachyla się nade mną znowu całując.Jego usta są suche i poczułam na nich smak krwi kiedy je oblizywałam,ale potem orientuję sie że to moja krew.On również ma ją na swoich wargach,a potem przesuwa po nich językiem.-..każda laska czegoś ode mnie chce.
-Może na ciebie też się fajnie patrzy?-Zaciskam usta w wąską linię,kiedy patrzy na mnie z miną typu:gadaj,albo spieprzaj,dlatego kiwam na niego głową, idąc przed siebie w stronę palarni.E-papieros może się znudzić w ciągu sekundy.
Wyciągam paczkę i częstuję Casian'a jednym szlugiem.Przyjmuje go bez słowa i już po chwili oboje palimy.Już o nic nie pyta,a ja dochodzę do wniosku,że nie jestem Zaynem i nie mogę tak długo trzymać go w niepewności.
-Wiesz może,gdzie podziewa się twój cholerny braciszek?
Śmieje się szyderczo,na co spinam ciało.Nie lubiłam takich gierek.Nie lubiłam bawić sie w gówno podobne do tego,a przyjście do Casian'a wcale nie należało do najłatwiejszych.Należał do rodów Malików zapewne teraz pęka z dumy,że może mi się do czegoś przydać.Wypuszczam dym z ust.Nie lubiłam prosić o przysługi.Szczególnie diabłów.
-Już wam zwiał?
Krzywię się,zaciągając mocno papierosem.
-Nam?-Wypuszczam słowa razem z dymem,tym razem nie słodkim.
Kiwa powoli głową.Zastanawiam sie czemu nie patrzy na mnie kiedy to mówi.
-Tobie i twojej siostrzyczce.
Przełykam głośno ślinę,kiedy podchodzi do mnie tak blisko,że prawie stykamy się ciałami.Jest tak seksowny kiedy pali i to tak rozprasza,że przez chwile nie mogę mu normalnie odpowiedzieć.To normalne,że ktoś bez makijażu,bez żadnego udoskonalania jest taki cudownie nieskazitelny? Jak jakaś pieprzona figurka,albo inne gówno podobne do tego.
-Mam go w dupie.-Mówię starając się brzmieć tak obojętnie jak tylko jestem w stanie.Ostatni raz zaciągam się papierosem,a potem zgniatam niedopałek glanem.-Ale głowa mnie już boli od płaczu Lil.
Mruży oczy,jakby się nad czymś zastanawiając i patrzy gdzieś za mnie.Mam okazję przyjrzeć się bliżej jego tatuażom.Ma rękaw jak Zayn,ale tylko na prawej ręce.Po prawej stronie przez całą długość szyi przebiega jakiś cytat.Jest tak długi,że chowa się gdzieś za koszulką.Ma oprócz tego jaskółkę za lewym uchem,która mogę łatwo dostrzec,bo snapback przyklepał lekko czarne włosy.Mruczę gardłowo.Może ten strzeliłabym sobie jakąś dziarę? Patrzę na jego rzęsy które są tak samo gęste jak te Zayna,ale trochę krótsze,a w końcu w ciemne oczy które teraz mi się przyglądają.
-Nie wiem gdzie on jest,bo tak sie składa, że również mam go w dupie.-Wzrusza beztrosko ramionami,na co klnę cicho pod nosem.Unosi prawy kącik,jakby rozbawiony moją reakcją.-Ale wiem kto może udzielić ci takich informacji.
Patrzę na niego wyczekująco,a potem wyjmuję kolejnego papierosa.Chyba nie powinnam tyle palić.
-Doprawdy?-Zaciągam się mocno,a ten kiwa lekko głową i opiera się o mur.
-Dokładnie tak.-Przejmuje ode mnie papierosa.Patrzę na to jak mocno cię zaciąga a potem wypuszcza dym razem ze słowami.-Jeżeli Livia...
-Liliane.-Poprawiam szybko.
-...chce dowiedzieć sie gdzie jest jej ukochany.-Po raz kolejny wkłada papierosa do usta.Przymykam oczy,czując dym który na mnie chucha,ale i tak szklą się podrażnione.-...musi iść do Liam'a i Louis'a.-Wzrusza ramionami.
-Oni na pewno wiedzą gdzie jest mój braciszek.
Zaciskam mocno usta rozważając jego słowa i w myślach przypominając sobie adres Liam'a.U Louis'a nigdy nie byłam,widziałam go dawno.Z Liamem było podobnie,ale przynajmniej zwiedziłam jego apartament.Nie było mowy,żeby Liliane do niego pojechała.Wolałam to załatwić sama.
-Myślisz,że mi powiedzą?-Biorę od niego papierosa na co patrzy na mnie lekko wkurzony.Później jego wzrok znowu zamienia się w coś typu:rób co chcesz,i po raz kolejny unosi ramiona.
-Tylko jeśli Zayn się na to zgodzi.-Całuje mnie w usta tylko po to,żebym podzieliła się z nim dymem który przetrzymywałam w buzi.Chyba się mu to spodobało.Wzdycha ciężko wciągając dym i odsuwa się.-Bez zgody Zayn'a nie pisną słówka.Jest dla nich najlepszych przyjacielem.Nigdy nie zrobią nic wbrew jego woli.
Mam ochotę go wyśmiać,powiedzieć mu,że Liam zrobił więcej niż coś wbrew jego woli,że uwiódł mu laskę,że się z nią przespał,że zrobił to całkowicie świadomie,ale powstrzymałam się.Casian był Casianem.Był bratem Zayn'a,był tak samo sprytny jak on i mógłby wykorzystać gdzieś tę wiedzę,a ja wolałam zachować ją dla siebie,bo to właśnie ja miałam być osobą która puści parę z ust jeżeli będzie trzeba.
Nie Casian.
-W każdym razie,jeżeli chłopcy nic ci nie powiedzą nawet się nie wysilajcie. Zayn może być teraz dosłownie wszędzie,na dowolnym kontynencie.Jeżeli nie chce żeby ktokolwiek go znalazł to zrobi wszystko aby tak się stało.-Uśmiecha się do mnie półgębkiem.-Nawet zapadnie sie pod ziemie.